28 lat później – Część 2: Świątynia kości (2026)

Byłem spokojny o sequel mojego ulubionego filmu roku 2025, 28 lat później Danny’ego Boyle’a. Po prostu za dużo elementów tej układanki było do siebie zbyt idealnie dopasowanych, ze scenariuszem Alexa Garlanda i reżyserska wrażliwością Nii DaCosty na czele, nie wspominając już o monumentalnej obsadzie aktorskiej oraz całej te idealnie skonstruowanej podbudowie, jaki dał nam poprzedni film. I co? I wyszedłem z kina, przeżywając dokładnie to samo, co poprzednio, wiedząc już, że w połowie stycznia mam już swój film roku!

DaCosta zrobiła coś fenomenalnego, oddając w nasze ręce nie tylko sequel idealny, ale również arcydzieło horroru, które przesuwa jego granice jeszcze bliżej człowieka. I mówię tu o każdym aspekcie ludzkiego życia, przez społeczną potrzebę przynależności, duchowość, zdrowie psychiczne, miłość i śmierć. Takie rzeczy na mnie działają, może jestem prosty, ale jeśli ktoś umiejętnie, z wyczuciem potrafi zagrać na każdej mojej emocjonalnej strunie, jestem mu czołobitnie oddany. Dołączam do kościoła tej reżyserki, możecie mnie od dziś nazywać Nia.

I choć od strony plastycznej nie jest to dzieło tak agresywne, jak film Boyle’a, DaCosty widocznie też nie interesuje krytyka współczesnego, europejskiego nacjonalizmu i oddolnie rodzącego się na nowo w Wielkiej Brytanii faszyzmu, to wciąż jest tutaj wiele humanistycznej myśli, która zmusza nas do refleksji nie tylko nad kondycją dzisiejszego społeczeństwa Zachodu, ale bardziej jednostkowo, zogniskowanie. Nie będę Wam tutaj oczywiście sadził spoilerów, ale powiem tylko, że jest to jeszcze bardziej intymna, kameralna historia niż to, co dostaliśmy poprzednio.

Spike (Alfie Williams), którego w poprzednim filmie uratował gang młodych ludzi ubranych w dziwne, kolorowe ubrania i nazywających siebie Jimmys, dołącza do ekipy, by w imieniu samego Szatana robić straszne rzeczy tym, którzy przeżyli pandemię wirusa zmieniającego ludzi w bezwolne, agresywne zombie. Jimmys w końcu nawiązują kontakt z dr. Ianem Kelsonem (fenomenalny Ralph Fiennes), który zbudował tytułową świątynię i który próbuje opracować lekarstwo dla Samsona, przerośniętego zarażonego, który wydaje się nieco mądrzejszy od reszty „watahy”. Jeśli wirus Wściekłości jest w rzeczywistości tylko wirusem, musi być na niego lekarstwo.

Powiedzieć, że Świątynia kości jest filmem osobliwym, to jak nie powiedzieć nic. Wbrew temu, co sugerować może kampania reklamowa, więcej tutaj z niezależnego, wysoce artystycznego kina autorskiego, aniżeli wysokobudżetową papką dla zbitej w jednobarwną masę widowni. Taka się od arcydzieła DaCosty odbije, bo albo nie zaakceptuje twórczej wizji stojącej za tym, w którą stronę idzie ta seria, albo po prostu nie będzie w stanie przeskoczyć intelektualnie lub nerwowo piekła, jakie dzieje się na ekranie. Choć może nie, bo co prawda zło jest tutaj namacalne, przejmujące i dołujące, tak znalazło się miejsce dla światła, ludzkiej dobroci, która jest w stanie czynić cuda i z której rodzą się piękne relacje. Być może najpiękniejsze.

Wciąż jednak, jak mówiłem, jest to przede wszystkim horror, a wszystkie elementy tego gatunku zostają podciągnięte do rangi, powtórzę się, arcydzieła. Kiedy mamy czuć dyskomfort i obrzydzenie, doznajemy ich tak, że sam balansowałem na cienkiej granicy łechtania moich sadystycznych potrzeb a zwykłym obrzydzeniem. Napięcie nie odpuszcza nas praktycznie na krok i przez cały seans dosłownie czułem gdzieś tę szatańską obecność, która tylko czyha, by w odpowiednim momencie przypuścić atak. Co prawda zarażeni, prócz Samsona, zeszli już na zupełnie trzeci plan, wciąż stanowią realne zagrożenie, więc każda scena z nimi jest jak perła w koronie współczesnego kina grozy. DaCosta pokazała już w swoim bardzo dobrym Candymanie z 2021 roku, że potrafi budować suspens i to poczucie czyhającego za każdym rogiem zagrożenia. Tutaj tylko naturalnie rozwija swoje umiejętności.

Są jednak momenty, które sprawiają, że Świątynia kości wymyka się dalece poza ramy kina grozy, oferując coś, co lubię nazywać „przesunięciem granic kinowego doświadczenia”. Nawet nie wiedziałem, jak bardzo potrzebowałem w swoim życiu widoku dwóch chłopów, którzy w rytm Ordinary World Duran Duran na swój sposób cieszą się z „przyjaźni”. W ogóle wątek postaci Kelsona jest tak hipnotycznie poruszający i pociągający, że mogę powiedzieć z pełną świadomością tych słów, że to najlepsza relacja męsko-męska, jaką widziałem kiedykolwiek, w jakimkolwiek medium. Oczywiście duża w tym zasługa tytanicznego wręcz warsztatu aktorskiego Fiennesa, będącego zarówno samotnym dziwakiem w stylu pułkownika Kurtza i prawdziwym człowiekiem nauki. Nawet jeśli sam film może Wam nie przypaść do gustu, trzeba wykazać się naprawdę srogą ignorancją, żeby nie docenić tej roli.

Może DaCosta idzie po prostej linii, nie upiększając historii społeczno-politycznymi aluzjami do współczesnego świata, dostarcza prawdziwe dzieło sztuki. Film, który nie ma ani jednej niepotrzebnej sceny, a pod jego koniec tylko modliłem się, że mimo całego to okrucieństwa, chcę zostać w tym świecie jeszcze trochę dłużej. A sam epilog to już w ogóle miód na serce fana, który z tą serią trwa nieprzerwanie od samego jej początku. Z ekscytacją patrzę w przyszłość, bo coś mi się wydaje, że na horyzoncie jawi się nam najlepsza trylogia filmowa, na jaką jako ludzkość zasłużyliśmy.

Oryginalny tytuł: 28 Years Later: The Bone Temple

Produkcja: USA/Wielka Brytania, 2025

Dystrybucja w Polsce: uip.com.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *