Cavan Scott „Star Wars: Wielka Republika: Burza nadciąga”

Odkrywanie tajemnic Wielkiej Republiki trwa u mnie w najlepsze i nie zamącił tego nawet wybitnie nieudany serial, jakim okazał się Akolita (2024-), czyli pierwsza próba aktorskiego ugryzienia tego odległego w skali świata Gwiezdnych Wojen okresu. Na szczęście ta żyjąca już własnym życiem odnoga to przede wszystkim lektura i jak dotąd sprawdza się ona najlepiej właśnie na kartach powieści. Oczywiście czasem lepszych, czasem gorszych.

Gdzie na tej osi dobra i zła leży Burza nadciąga Cavana Scotta? Przez większość czasu poświęconego na czytanie powiedziałbym, że to najgorsza książka z okresu Wielkiej Republiki, jaką dane mi było poznać. Później, gdzieś za połową, uznałem, że autor chyba zrobił to wszystko umyślnie, uśpił naszą czujność, zamącił ogromem postaci i relacji między nimi, by resztę swojego dzieła poświęcić na ich… nie tak prędko.

Książka jest bezpośrednią kontynuacją Światła Jedi Charlesa Soule’a, szczegółowo opisującą główne wydarzenia w całej galaktyce, wokół których orbitują inne historie. Tym razem skupimy się na Święcie Republiki, a akcja rozgrywa się około roku po Wielkiej Katastrofie (jak opowiedziano we wspomnianej wyżej pozycji), Najwyższa Kanclerz Lina Soh jest zdeterminowana, aby przekształcić imprezę na planecie Valo w triumfalny pokaz siły i jedności.

Uważa się, że Nihililowie są w odwrocie i nie stanowią już zagrożenia, krwiożerczymi Drengirami zajmuje się Avar Kriss (co doskonale łączy się z całą serią komiksów), więc wszystko wydaje się pod kontrolą, zmierzając spokojnie w stronę światła i ogólnogalaktycznego spokoju. Ale Mistrz Jedi Elzar Mann nie może wyzbyć się druzgocącej wizji Mocy, w której czeka tylko śmierć, strach i zniszczenie.

Cały ten wyjątkowo nudny, rozwleczony początek, który zalewa nas postaciami, miejscami, zależnościami politycznymi i emocjonalnymi jest zatem celowy, bo w prostej linii stanowi ciszę przed tytułową burzą. A kiedy ta już nadciągnie, do akcji wkracza jedna z moich ulubionych frakcji, szkoda, że póki co niewidoczna w żadnej formie na ekranie, Nihiliowie. I wtedy zaczyna się prawdziwa rzeź, a ja dosłownie nie mogłem oderwać się do lektury, czytając te barwne opisy zniszczenia i pożogi, kibicując jednak tym, którzy jako jedyni byli w stanie to jakoś ogarnąć – Rycerzom Jedi. Magia Gwiezdnych Wojen wróciła!

I bardzo cieszy mnie, że książka nie skupia się wyłącznie na Republice, ponieważ Nihilowie również otrzymują wiele uwagi. Śledzimy Marchion Ro i jego tajemnicze plany, a także narastający bunt wśród głównych Nawałnic, trójcy Pan Eyta, Lourna Dee i Zeetar. Będziemy mogli przyjrzeć się wewnętrznej polityce Nihilów, ich zwyczajom i taktykom. A sam Marchion Ro wyrasta na naprawdę interesującą postać i mam nadzieję, że pojawi się ona jeszcze nie jednej książce, po którą sięgnę w przyszłości.

Oczywiście wciąż te wszystkie polityczne wątki, przekonywanie nowych światów by dołączyły do Sojuszu czy monumentalne wywody Pani Kanclerz są nudne i trącą wymuszonym patetyzmem, ale rozumiem, że to trochę taka konwencja. Republika u szczytu swojej chwały musi się otaczać symbolami władzy, więc miło mi było czytać te szczegółowe zdania ilustrujące, jak upada pod ciężkimi butami anarchistycznych terrorystów gdzieś z rubieży Galaktyki.

Mimo tego, że pierwsze 300 stron męczyłem niemiłosiernie, tak Scott dał mi coś, czego bardzo oczekiwałem – stawki. W końcu czuję, że cały porządek Wielkiej Republiki może być zagrożony, a Nihiliowie to jednak coś więcej, niż tylko wspomniani terroryści. Jeśli przebrniecie przez ten smoliście ciągnący się początek, otrzymacie jedną z najbardziej intensywnych powieści usytuowanych w świecie Wojen Gwiezdnych. A uwierzcie mi, trochę ich już w życiu przeczytałem.

Wydawnictwo: wydawnictwoolesiejuk.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *