
Trochę obraziłem się na kino Wojtka Smarzowskiego. Jego głośny Wołyń z 2016 roku stał się zdecydowanie zarzewiem zupełnie niepotrzebnych napięć wobec naszych bohaterskich sąsiadów, Wesele (2021) to był już Vega czystej wody, tabloidowe i usilnie szokujące, łapczywie sięgające po głośne medialnie tematy. Na Dom dobry więc szczególnie nie czekałem, zwłaszcza że tematyka w nim poruszana choć ważna, jest mi bardzo daleka. Po prostu wiedziałem, że nie odbiorę filmu tak, jak zapewne powinno się go przeżyć.
Nie zrozumcie mnie jednak źle, wciąż uważam, że przemoc wobec kobiet to problem tak bardzo zakorzeniony w polskim, katolickim społeczeństwie, że trzeba go nagłaśniać oraz piętnować zawsze i wszędzie. Dlatego też bardzo cieszy mnie fakt, że Smarzowski filmem tym otworzył z buta drzwi do ogólnokrajowej dyskusji na temat przemocy domowej, dał głos ofiarom i naświetlił biurokratyczną obojętność. Szkoda tylko, że jest to przynajmniej kilkanaście lat za późno…
Nie ma co jednak ukrywać, Smarzowski fetyszyzuje patologię i wykorzystuje problem przemocy domowej w sposób eksploatacyjny. Nagromadzenie nieprzyjemności, jakie spotykają główną bohaterkę oraz inne kobiety, które pojawiają się na ekranie, dalece przekracza granicę dobrego smaku i rozumiem, że może ono być nie do przeskoczenia dla nieco bardziej doświadczonej widowni. Ja jednak nie mogę nie odnieść wrażenia, że twórca przemoc wykorzystuje trochę instrumentalnie, szok dla samego szoku, niczym w nastawionym na efekty gore horrorze.
Bo historia przedstawiona w filmie to w zasadzie tło. Gosia (Agata Turkot), młoda i całkiem zaradna nauczycielka angielskiego, pomieszkuje z nadużywającą alkoholu (w końcu Smarzol) matką (Agata Kulesza). Ta oczywiście w atakach alkoholowej agresji wyrzuca swojej córce ból, jaki sprawiły jej narodziny oraz fakt, jak wiele musiała sobie przez nią odmówić. W końcu nadchodzi dzień, w którym Gosia poznaje Grześka (Tomasz Schuchardt), starszego, na pierwszy rzut oka klasowo i finansowo ugruntowanego mężczyznę. Wszystko zaczyna się jak w bajce, kończy jak w koszmarze.
Film jest surowy w swojej estetyce, co stanowi już chyba znak rozpoznawczy twórczości Smarzowskiego. Podoba mi się jednak artystyczny zamysł, że montaż oddaje w jak najbardziej zbliżony sposób stan psychiczny naszej bohaterki, zaszczutej, praktycznie bezbronnej istoty w sidłach samo nakręcającej się przemocy. Kobieta traci zmysły, my wraz z nią nie wiemy, co jest prawdą, co tylko paranoicznym wytworem pokiereszowanego umysłu. Takie narracyjne zabiegi zawsze są na plus, bo nawet jeśli problem jest nam w rzeczywistości daleki, kino ma tę moc, że choć na chwilę wejdziemy w głowę ofiary. Ofiary, która przecież może żyć za ścianą naszego mieszkania.
No okej, ale czy na tym się kończą plusy, jakie Dom dobry ma do zaoferowania? Dla wielu zabrzmię pewnie jak ignorant, ale tak. Byłbym jednak zupełną dętką intelektualną, gdybym nie docenił gry aktorskiej Tomasza Schuchardta. Oczywiście wszystkie te domniemane zaczepki na ulicy, scalające aktora z odgrywaną przez niego rolą, zbywam pustym śmiechem, bo czuję tutaj prowokację. Nie sposób jednak odmówić mu pewnej naturalności w odgrywaniu postaci, jaką być może sami znamy, mijamy na ulicy lub spotykamy w sklepie. Na pierwszy rzut oka koneser sztuki, lokalny działacz, pod którego płaszczem kryje się prawdziwy potwór, co gorsza, w jakiś swój pokrętny sposób tłumaczący przed samym sobą swoje zachowanie.
Brakuje mi jednak przede wszystkim tego najważniejszego czynnika, który sprawia, że kino społecznie zaangażowane wyrasta ponad zwykłą pornografię przemocy – ludzkiej empatii. Nie czuję, że Smarzowski ofiary swojej opowieści traktuje z jakąkolwiek czułością, czyniąc z nich tylko rekwizyty, na których można fizycznie ukazywać wszystkie te patologie konserwatywnego, polskiego społeczeństwa. Z drugiej strony już dawno Wojtek nie jest dla mnie wyznacznikiem jakości, jeśli chodzi o polskie kino, więc nie powinienem czuć się zaskoczony.
Czy Dom dobry to klasyczny case „wiele hałasu o nic”? Tak bym nie powiedział, że bo każda mniej czy bardziej udana próba forsowania jakiegoś ważne problemu na pierwsze strony jest nam potrzebna. Jakiejkolwiek formy by nie przybrała, ważne, że się mówi i daje głos tym, którzy przez lata nie mieli okazji opowiedzieć o swoim prywatnym piekle. Szkoda tylko, że technicznie sam film to niewiele więcej niż zwykła pornografia przemocy. Ale czy taki widz, dla którego wizyta w kinie łączy się tylko i wyłącznie z nazwiskiem Smarzowskiego na plakacie, będzie czuły na te wszystkie niuanse? No właśnie, skoro „normicka” część widowni czuje się porażona, to film spełnił swoje zadanie.
Oryginalny tytuł: Dom dobry
Produkcja: Polska, 2025
Dystrybucja w Polsce: primevideo.com

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
