
Nie mam parcia na filmy w stawce Oscarowej. W ogóle nie interesują mnie nagrody filmowe i plebiscyty, bo sztuka to na tyle subiektywna rzecz, że chcę odbierać ją wyłącznie przez filtr własnej wrażliwości, poczucia estetyki czy doświadczeń. Dlatego też nie będę tutaj pisał o Hamnecie, najnowszym filmie Chloé Zhao, w kontekście jego wyścigu po złotą statuetkę chyba w ośmiu kategoriach. Bez tego jest to rzecz, którą naprawdę warto zobaczyć.
Dzieło Zhao elektryzowało mnie już na poziomie zapowiedzi, porażając wysublimowaną, pełną mojej ukochanej natury plastyką oraz obsadą skoncentrowaną głównie wokoło figur Jessie Buckley i Paula Mescala. Historia sama w sobie nie pociągnęła mnie za sobą, bo przecież też nie jestem osobą, która posiada dzieci, więc ich strata to jakaś bardzo odległa dla mnie perspektywa. A jest to historia właśnie o takiej, głęboko druzgocącej stracie i tym, jak można sobie z nią poradzić.
Podobnie jak książka, na podstawie której powstał scenariusz, Hamnet w dość luźny sposób śledzi prawdziwą historię żony Szekspira, Agnes, wyobrażając sobie jej życie przed i po śmierci jej syna, Hamneta. To bardzo wdzięczny temat do spekulacji na temat związku między wspomnianą śmiercią a najsłynniejszą sztuką angielskiego dramaturga. Z tego, co wyczytałem w internecie, film w przeciwieństwie do książki, opowiada historię chronologicznie. Jest to dobra decyzja, prawdopodobnie lepsza dla spójności i zrozumienia, ale zdecydowanie za mniej efektowna.
Od razu muszę powiedzieć, że film Chloé jest bardzo… przyziemny. Co stanowi dla mnie trochę niemiłe zaskoczenie, bo oglądając te fantastyczne zwiastuny, liczyłem na coś, co przestawi znajomą nam historię w sosie jakiegoś realizmu magicznego. Wiadomo, nie spodziewałem się kolejnej Suspirii (1977), łączenia baśni z uniwersalną prawdą, liczyłem jednak, że Zhao nieco bardziej zerwie się w kierunku kreatywnego szaleństwa, łamiąc nasze uziemienie choćby montażowym szaleństwem.
Jednak to tylko moja perspektywa, bo sam nieco już chyba odzwyczaiłem się od takiego po prostu prawdziwego, „normalnego” kina, które co rusz nie stara się przełamywać schematów. Wciąż Hamnet to emocjonalna orka, kino skrojone tak, by zagrać na wszystkich naszych wewnętrznych nutach. Nie jest to jednak cyniczne uderzanie w najbardziej wystawione na atak struny, ale opowieść opowiedziana z odpowiednią sobie czułością. Duża w tym chyba zasługa samej reżyserki, której kobieca wrażliwość emanuje z całą historią, z którą utożsamić się mogą miliony osób na całym świecie.
Zhao przekazuje tę wrażliwość poprzez gustowne obrazy, sugestywną muzykę i cały natłok ciężkich emocji, które albo już tutaj są, albo ich widmo maluje się na horyzoncie. W pierwszej scenie narodzin reżyserka pokazuje pewną powściągliwość, gdy Agnes ucieka z opresyjnego domu do ulubionego miejsca w lesie, wielkiego drzewa z ciemną jaskinią u stóp. Jej szkarłatna suknia kontrastuje z omszałą zielenią, kobieta kuli się, aby urodzić. Ten obraz – otwór w drzewie prowadzącym w pustkę – będzie się powtarzał przez cały film, dostrojony do różnych kontekstów ludzkiego jestestwa.
Scenariusz, jak i reżyseria, kładzie nacisk kładziony na głębię bólu i radości bohaterów. Buckley musi wziąć na siebie większość ciężaru, ale jej twarz jest tak cudownie wyrazista, że nigdy nie wychodzi poza naturalne oddanie emocji. Od niechętnej matki na progu narodzin dziecka, po miłującą macierzyństwo, wychowującą trójkę wspaniałych dzieci, Jessie to aktorski kombajn. Mescal dorównuje jej rytmem, pomimo faktu, że jego rola jest tutaj nieco mniejsza, z gracją sprzedaje nam to zwątpienie i wewnętrzny konflikt rozwijającego się talentu i poradzenia sobie ze stratą.
Problem mój polega tylko na tym, że Hamnet jest filmem bardzo bezpiecznym, zbudowanym na znanym schemacie trzech aktów, podążającym za znanym nam już schematem tragedii i późniejszej drogi do odkupienia. Czy można byłoby opowiedzieć tę historię inaczej? Zapewne tak i na trochę tego wspomnianego gdzieś na początku szaleństwa liczyłem. Tak dostaliśmy po prostu perfekcyjnie złożoną mozaikę, kinowe doświadczenie absolutu w jego najczystszej formie. A takie rzeczy też są przecież potrzebne, bo widz to nie tylko spragniony czegoś łamiącego schematy ekscentryk jak ja.
Oryginalny tytuł: Hamnet
Produkcja: Wielka Brytania/USA, 2025
Dystrybucja w Polsce: uip.com.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
