
Wstyd się przyznać, ale przez całe dziesięciolecia tytuł Krótki dzień pracy funkcjonował dla mnie wyłącznie jako jeden ze śmieszniejszych epizodów popularnego Świata według Kiepskich (1999-2023). Dopiero kiedy na poważnie zacząłem się zajmować odkrywaniem filmografii naszego wybitnego Krzysztofa Kieślowskiego, dotarłem do źródła i… jak w przypadku poprzednich dzieł mistrza, zachwyciłem się.
Nie trudno wywnioskować, że była to ze strony Kieślowskiego jawnie antykomunistyczna prowokacja. Nakręcony oryginalnie w 1981, czyli w roku, w którym Generał Wojciech Jaruzelski aktem bohaterskiej odwagi wprowadził w Polsce stan wojenny, film trafił do oficjalnej dystrybucji dopiero piętnaście lat później. Można zatem powiedzieć, że tworzenie kina było w socjalistycznej Polsce prawdziwym aktem społecznego oporu!
I o tym oddolnym sprzeciwie Krótki dzień pracy właśnie opowiada. Pod biurem I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego w Radomiu (nieodżałowany Wacław Ulewicz) wybucha bunt proletariatu. Jego głównym powodem jest tymczasowe podniesienie cen żywności związane z ogólnopolskim kryzysem. Obywatele nie wytrzymują, pod oknami biura zbiera się coraz więcej osób, samosąd wisi w powietrzu. Zdesperowany sekretarz musi uspokoić zarówno rozwścieczony tłum, jak i stojących ponad nim dygnitarzy. Nie obejdzie się bez interwencji obwodów Milicji Obywatelskiej…
Jest to oczywiście fabularyzowana próba odtworzenia dramatycznych wydarzeń z czerwca 1976 roku. Podoba mi się struktura narracyjna, w którą Kieślowski ubrał swój film. Ten rozgrywa się w czasie rzeczywistym, w zasadzie obserwujemy minuta po minucie eskalujący konflikt. Jedyne momenty, które mogą wprowadzić nas w jakiś rodzaj skonfundowania, to te enigmatyczne wyskoki myśli głównego bohatera w przyszłość, kiedy wyobraża sobie reperkusje tego, do czego po części sam doprowadził.
Bardzo podoba mi się zestawienie ujęć ukazujących ulice i zbierający się na niej, coraz to bardziej podgrzany do buntu tłum z tymi wszystkimi salami konferencyjnymi, biurami i kwaterami komunistycznych aparatczyków. Zarówno wewnątrz, jak i za oknem sytuacja jest duszna, gęsta. Pomieszczenia wypełniają nerwy i dym wypalanych masowo papierosów, bruk kipi od frustracji i prowokowanej wściekłości. To w zasadzie kino, które wzorem najlepszych thrillerów łapie widza za gardło, trzymając w tym napiętym stanie do samego końca.
Fajnie również, że mamy do czynienia z dziełem filmowym opisującym ucisk i patologię poprzedniego systemu, który nie skupia się na cenzurowaniu „najbardziej” poszkodowanej grupy społecznej, artystów, ani nie jest obrazem po raz kolejny pochylającym się nad represjonowaniem Kościoła Katolickiego. Dlatego też seans Krótkiego dnia pracy okazał się dla mnie odświeżający, pokazujący, że piekło quasi-komunizmu nazywanego Polską Rzeczpospolitą Ludową to również niedobory żywności i braki w podstawowych artykułach, o których dziś nawet nie myślimy, że mogłoby ich zabraknąć.
Jest to też punkt przełomowy w filmografii Kieślowskiego, bo stanowi ostateczne pożegnanie się tego wielkiego twórcy z formą dokumentalną. Oczywiście wybrzmiewają tutaj dość głośno echa jego reporterskiej duszy, wiele ujęć wygląda wręcz jak wyciągnięte z jakiejś autentycznej relacji z tamtych wydarzeń, jednak cała historia skupiona jest głównie na postaci Ulewicza. To on staje się odbiorcą, przetwarza i przekazuje nam wydarzenia, które dzieją się dosłownie pod jego oknem.
Myślę jednak, że jest to kino ciężkie do polecenia dzisiaj, zwłaszcza komuś, kto nie dorastał w cieniu poprzedniego ustroju. Fascynujące jest oglądanie eskalującego konfliktu, gdy sfrustrowany proletariat bierze sprawy w swoje ręce i przeciwstawia się tej wielkiej, opresyjnej machinie zwanej błędnie komunizmem. Dla fanów twórczości Kieślowskiego rzecz obowiązkowa, bo też przełomowa. Reszta widowni może po prostu nie poczuć tego, co artysta chciał przekazać. I nic dziwnego, bo to bardzo lokalna rzecz.
Oryginalny tytuł: Krótki dzień pracy
Produkcja: Polska, 1981
Dystrybucja w Polsce: vod.tvp.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
