Fallout – sezon 2 (2025)

Nie będę ukrywał, mam problem z serialowym Fallout. Mówiłem to już przy premierze pierwszego sezonu, mówię to teraz, przy sezonie numer dwa, który przecież na papierze powinien mi się podobać bardziej. W końcu geograficznie przenosi się on do Las Vegas, czyli miejsca bliższego pierwszym dwóm grom i będącego w sercu uwielbianego powszechnie New Vegas. No niestety, mimo przebłysku, jakim okazał się dla mnie jeden z pierwszych odcinków tej serii, całość jest chyba jeszcze gorsza, niż poprzednik.

A przecież dużo tutaj elementów, które powinny złapać za serce starego fana, takiego jak ja. Dostajemy wgląd w struktury wojskowe NCR wraz z ich nowym pancerzem wspomaganym, widzimy upadek Legionu Cezara i walkę o to, kto stanie na jego przodzie. Są klasyczne Szpony Śmierci, jest Pan House zerkający z zielonego ekranu. Cholera, nawet gdzieś tam na ścianie i w jednej linijce dialogowej przewijają się Wielcy Chanowie. Tyle tylko, że to wszystko pic na wodę…

Fabularnie nie ma to wszystko żadnego znaczenia, bo drugi sezon to po prostu rozciągnięta rozbiegówka przed nadchodzącą serią numer trzy. Żaden wątek nie dostaje tutaj swojego rozwiązania, będąc zaledwie wstępem do tego, co przyniesie przyszłość. Jest to bardzo frustrujące, bo choć nie wszystkie mikro historie zawarte w tym sezonie mnie interesowały, tak chciałem te, którym udało się kupić moje zainteresowanie, zostały jedynie ledwo muśnięte, a na ich prawdziwe opowiadanie muszę czekać. Kto tak jeszcze robi seriale?

Sezon drugi zaczyna się tam, gdzie skończył się poprzedni. Lucy (Ella Purnell) i Cooper Howard (Walton Goggins) wyruszyli do New Vegas w poszukiwaniu ojca Lucy, Hanka (Kyle MacLachlan), podczas gdy Maximus (Aaron Moten) ponownie buja się z Bractwem Stali. Jest jeszcze wątek z rodzimą Kryptą Lucy, ale jest to już tak nieangażujące, że wspominam o nim tutaj ostatni raz. W ogóle trudno powiedzieć, do czego zmierza ta fabuła. Okej, nasi bohaterowie muszą odnaleźć Hanka, który doprowadzi naszego Ghula do rodziny, ale co poza tym?

Oczywiście ten fabularny chaos jest konsekwencją tego, że serial zamknął się w liczbie ośmiu odcinków. Wiele scen uwielbia meandrować i trwać w nieskończoność, często kosztem innych, moim zdaniem ważniejszych momentów. Nie jestem przeciwny takiej wolniejszej narracji, ba, jeśli chodzi o historię podróży, to wręcz wymagam, by postaci mogły zatrzymać się na chwilę i rozejrzeć po okolicy. Mam jednak problem z tym że inne wątki, które wydają się równie ważne, co wycieczka Lucy do Las Vegas, widocznie na tym cierpią. Nawet te dwa czy trzy dodatkowe odcinki znacznie poprawiłby tempo serialu, a my bylibyśmy w stanie doświadczyć pełnego obrazu, jaki, mam nadzieję, chcieli pokazać nam twórcy.

No i osobiście przykro mi się zrobiło, widząc, co serial zrobił z New California Republic, Bractwem Stali czy właśnie Legionem Cezara. A nie zapominajmy, że nie jest to żadna adaptacja czy „co by było, gdyby”, tylko multimedialny, kanoniczny projekt, który stanowi oficjalne rozwinięcie wszystkich gier, nie tylko tych trójwymiarowych śmieci od Bethesdy. Zaczynam wierzyć w Redditową teorię na temat tego, że stojący na czele Bethesdy Todd Howard nie lubi dwóch pierwszych gier serii i wspomnianego New Vegas, więc stara się orać zawarte tam wątki jak tylko może, żeby niejako „oczyścić” swoje uniwersum. Smutne to, ale oglądając, jak powierzchownie serial traktuje całe dziedzictwo serii, nie sposób nie uwierzyć w te rewelacje.

Jeśli już szukać mam czegoś fajnego w drugim sezonie Fallouta, to powiedziałbym, że będzie to nadanie większej roli Hankowi. Kyle Maclachlan ma o wiele więcej roboty, będąc teraz głównym antagonistą serialu. Widzimy go zarówno knującego, jak i zadającego okrucieństwo mieszkańcom Pustkowia, a wszystko to pod płaszczem kultowej korporacyjnej Vault-Tec. Lubię też wątek, w którym Johnny Pemberton jako Thaddeus przekształca się w jakiegoś mutanta. Mam nadzieję, że będzie nam dane zobaczyć na ekranie przerażającą bestię, jaką był dla mnie Cerber.

Nie chcę się więcej pastwić nad tym tytułem, bo spijając otaczającą go osmozę, mam wrażenie, że jestem jedynym, który tak mocno narzeka. W ogóle dla wielu jest to chyba najlepsza adaptacja gry wideo, jaka trafiła na mały ekran. No nie jest to taka tragedia, jak The Last of Us (2023-), ale też nie uważam, żeby była to produkcja godna czegoś tak wielkiego w moich oczach, jak seria Fallout. A może we mnie jest problem? Bo dla mnie istnieje tylko pierwsza i druga część gier oraz New Vegas. Serial? No cóż, serial jest na miarę wszystkiego tego, co istnieje poza tymi trzema wspomnianymi tytułami.

Oryginalny tytuł: Fallout

Produkcja: USA, 2025

Dystrybucja w Polsce: primevideo.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *