
Każdy, kto mnie zna, wie, że mam jakąś słabość do Wielkiej Stopy. Nie chodzi mi konkretnie o samego hominida, ale koncept istoty żyjącej na styku człowieka i zwierzęcia, totalnie podporządkowanego prawidłom natury bez tego całego bagażu, który musimy tachać jako społeczeństwo zorganizowane w ramach różnych systemów politycznych, ekonomicznych czy społecznych. A będąc również fanem kina gatunku, książka Maxa Brooksa określana mianem kryptozoologicznego horroru, była dla mnie prawdziwym objawieniem.
Sama postać Brooksa nie powinna być obca fanom kina. Jest to autor popularnej książki Zombie Survival i kontynuacji World War Z, które stały się podstawą do wielkiej produkcji filmowej z 2013 roku, w którą aktorsko zaangażowany był sam Brad Pitt. Tamtych pozycji jednak nie czytałem, choć kusi mnie ich przytłaczająco pozytywna opinia, ale na film spuśćmy zasłonę milczenia. Poza tym dziś nie o żywych trupach, a całkiem żwawych sasuqatachach!
Żeby formalności było za dość, trzeba przyjrzeć się formie samej książki, bo nie jest to typowa narracja. Całość, w duchu klasycznego Draculi Brama Stokera, to zbiór kartek z pamiętnika niejakiej Kate Holland, przerywana od czasu do czasu narracją innych, postronnych osób. To w zasadzie zwykła narracja pierwszoosobowa i jest to bardzo wygodny dla czytelnika sposób na opowiedzenie historii, która przecież polegać ma na budowaniu napięcia. Wtrącanie pobocznego „materiału” jest na tyle zgrabne, że nie mamy poczucia odwracania uwagi, a raczej otrzymywanie kontekstowej pomocy.
Historia zaczyna się jak każda inna historia katastroficzna, od szybkiego ustawienia pionków na planszy, zanim nadejdzie wyczekiwana tragedia. W tym przypadku jest to erupcja Mount Rainer. Zwykle kręcę nosem na takie ekspozycyjne zapychacze, ale tutaj przebrnąłem bez większych zgrzytów. Wszystko dzięki temu, że Brooks kreuje na kartach swojej powieści naprawdę ciekawe charaktery. Każda postać została w pełni uformowana i stworzona, każdy ma cel i przysłuży się społeczności. Odkrywanie tego w kolejnych rozdziałach stanowi tylko wartość dodaną, bo to po prostu fajna rozrywka!

Równie naturalne, co pisanie postaci przez Brooksa, jest sposób, w jaki rozwija się fabuła. Wszystko dzieje się bardzo szybko, również organiczne. Postacie reagują w sposób, który absolutnie ma sens i pasuje to do ich charakterów. Za każdym razem, gdy zaczynałem podejrzewać, że akcja dość mocno wyhamuje, autor wrzuca przed nasze oczy coś, co jeszcze bardziej podbija budowanie napięcie. Nie chcę wchodzić w szczegóły i spoilery, ale dostaniecie dokładnie, czego spodziewać się można po haśle „horror o Wielkiej Stopie”. Choć nie brakuje również kilku zaskoczeń.
Skoro już przy horrorze jesteśmy, to trzeba podkreślić, że Brooks posiada wyjątkowo lekkie pióro w opisywaniu tych wszystkich okropności. Bo Dwolucja to nie tylko skrupulatnie budowane napięcie, ale również literackie gore, kiedy klan zdesperowanych sasquatchy staje na wojennej ścieżce z mieszkańcami osiedla będącego spełnieniem marzeń wszystkich ekologów. Opisy śmierci są bardzo obrazowe i jestem w stanie zrozumieć, że ktoś o mniej odpornym żołądku odłoży książkę na bok. Wielka Stopa na kartach Brooksa to nie enigmatyczny cień przemykający gdzieś między drzewami, choć i takie sytuacje się zdarzają, ale też stworzenie z krwi i kości, targane własnymi instynktami, emocjami i potrzebami.
Max Brooks to też koleś z misją. W zasadzie książka ta to praktyczny poradnik tego, jak radzić sobie w sytuacji kryzysowej, ubrany w szaty brutalnego horroru. Dosłownie całe strony poświęcone zostały tutaj dość szczegółowym opisom uprawy warzywniaka czy zrobienia dość prowizorycznej, acz jak pokazuje ta historia, całkiem skutecznej włóczni. Zawsze to wartość dodana, zawłaszcza, że żyjemy w tak niepewnych czasach, że nie wiemy kiedy akurat przyda nam się wiedza na temat tego, jak oczyścić ranę lub oprawić upolowanego zająca.
Ale do brzegu. Czytając tę recenzję, możecie wysnuć dość jasne wnioski, że Dwolucja bardzo mi się podobała. Nie będę ukrywał, to książka, która idealnie wpisuje się w moje gusta. Nie tylko tym, że tak mocno zakorzeniona jest w wieloletnim folklorze dotyczącym tej amerykańskiej kryptydy, ale również dlatego, że dość mocno krytykuje ten jakże modny dziś, postępowy liberalizm. Jak widać człowiek w starciu z potęgą natury, okazuje się tylko zwierzęciem, a cały jego skrupulatnie zbudowany świat może runąć w mgnieniu oka. Nie jest to żadna prawda objawiona, ale kiedy wychodzi z nas nasze prawdziwe ja, zawsze to ciekawiej skonfrontować się humanidalną bestią, niż kolejnym, sztampowym kosmitom czy zombie.
Wydawnictwo: zysk.com.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
