Kopnęłabym cię, gdybym mogła (2025)

Dojrzeliśmy jako społeczeństwo do tego, że macierzyństwo nie jest dominantą i osoby z macicami mogą czuć się spełnione na wielu płaszczyznach, nie tylko jako dożywotnie opiekunki roszczeniowych, często po prostu złych istot. Z doświadczenia znajomych wiem, że osoba, która decyduje się powołać na świat potomstwo, dokonuje aktu bezpowrotnego pozbawienia się wielu przywilejów, jakie daje wolność. Można powiedzieć zatem, że macierzyństwo dziś to pójście na dobrowolne skazanie, tyle tylko, że mocniej drenujące psychikę.

Cieszy zatem fakt, niezmiernie, że moją filozofię, najgłębiej chyba osadzoną w antynatalizmie, ale jednak negującą pewne jego dogmaty, powiela coraz więcej osób, w tym również tych twórczych. Można powiedzieć, że ostatnimi laty przeżywamy swoisty boom na dzieła kultury, które podważają archaiczny paradygmat stanowiący o tym, że kobieta spełniona to kobieta będąca matką. A jak pokazuje życie i wspomniane osoby twórcze, rodzicielstwo to raczej horror, nie wyidealizowana komedia romantyczna.

Ważne jest również, żeby kino eksplorowało koszmar macierzyństwa z kobieco centrycznej perspektywy, jak w wybitnych Zgiń kochanie (2025) czy Hamnecie (2025). Tylko że tamte filmy nie do końca mają na celu zbudowanie empatycznej więzi między swoimi bohaterkami, a odbiorcami dzieła. Kopnęłabym cię, gdybym mogła autorstwa Mary Bronstein idzie o krok dalej, znajdując horror nie w konkretnych momentach życia, ale w codziennych próbach wychowania dziecka. W końcu macierzyństwo można porównać do nowotworu, który toczy kobiece ciała dzień w dzień, dostarczając niezapomnianych, nieszczególnie pożądanych przeżyć praktycznie na każdym kroku.

Rose Byrne wciela się z powodzeniem w Lindę, psychoterapeutkę z Montauk, której córka zachorowała na tajemniczą chorobę. Choroba jest na tyle niejasna i niepokojąca, że wydaje się metaforą na tyle specyficzną, że odnajdzie się w niej każdy rodzic, który na chwilę wpadł w spiralę frustracji z powodu przypisanej sobie roli. Jej mąż jest fizycznie nieobecny i emocjonalnie nieosiągalny, pacjenci rzutują na nią własne problemy, a terapeuta, do którego sama uczęszcza, staje się wobec niej coraz bardziej wrogi. By tego było mało, sufit nad jej łóżkiem dosłownie spada na głowę, odsłaniając dziwaczną dziurę, ziejącą oblepiającą wszystko pustką.

Z poziomu metafory nie jest zwolnione również dziecko Lindy. Bardzo podoba mi się artystyczny zabieg, który ukrywa przed nami twarz i praktycznie fizyczną obecność córki głównej bohaterki, która jawi się na ekranie głównie poprzez głos Delaney Quinn. Córka jest nie tyle osobą, ile alegorycznym przedłużeniem lęków matki, coraz bardziej duszącej się w klaustrofobicznej przestrzeni traumy, strachu i wszechobecnej paniki. Łatwo przez taką formę narracji popaść w pewną sztuczność, ale Bronstein wspina się na wyżyny twórczego rzemiosła i wszystko tutaj działa organicznie, będąc przy tym doświadczeniem głęboko odkrywczym.

Dużo mówi się o Kopnęłabym cię, gdybym mogła w porównaniu do filmów braci Safdie. Oczywiście nie sposób zerkać w kierunku tych nerwowych, ulicznych narracji, ale ja widzę w dziele Bronstein o wiele więcej takiego czystego realizmu, który wymusza na historii skrupulatne trzymanie się poziomu chodnika. Pod całym tym chaosem kryje się jednak uniwersalna, emocjonalna prawda. Nie chodzi o to, że ktoś dokonuje autodestrukcyjnych wyborów. Chodzi o kogoś, komu możliwość wyboru jest zabierana. W końcu żyjemy w świecie, który ekonomicznie choćby nie daje matkom choćby chwili na złapanie oddechu.

Warto również pochylić się nad stroną wizualną filmu. Zdjęcia są klimatyczne, choć nieco typowe dla niezależnego filmu artystycznego. Dźwięk użyty został z wielką pieczą, czy mówimy o skrzekliwym głosie dziecka, czy przeszywającym ciało białym szumie, czy rozmowach przez telefon z wiecznie nieobecnym ojcem. To kino, które się chłonie, oczyma, uszami, sercem i bebechami, a wszystkie jego elementy tylko utwierdzają nas w przekonaniu, że prawdziwy horror jest stałym elementem ludzkiego życia.

Nic więc dziwnego, że Kopnęłabym cię, gdybym mogła to kino, które mnie poraziło, a przecież nawet nie mam dzieci! Lubię po prostu, gdy twórcy mają coś do powiedzenia i potrafią ubrać to w formę, które wwierca się w głowę i zostaje tam na nieco dłużej, niż przeciętne dzieło komercyjne. Bronstein oddaje nam własne doświadczenie, które jest tak specyficzne i przez to tak ważne, że musiała podzielić się nim ze światem. A naszym obowiązkiem jest jej przyklasnąć, bo efektem jest jeden z najlepszych filmów tego roku.

Oryginalny tytuł: If I Had Legs I’d Kick You

Produkcja: USA, 2025

Dystrybucja w Polsce: bestfilm.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *