
Co byś zrobił, gdyby do twojego pokoju przyszedł plastuś i zaczął machać łapami oraz coś popiskiwać. Dziecko zapewne, by się ucieszyło i próbowało zainicjować z przybyszem zabawę. Reakcja dorosłego mogłaby już być bardziej gwałtowna, niewykluczone, że z udziałem broni palnej.
Studium takowych zachowań zobaczyć możemy w amerykańskim filmie science fiction z 1979 roku Dzień, w którym czas się skończył. Jego reżyserem był John Cardos i można go posądzić o inspirowanie się innym popularnymi dziełami popularnonaukowymi epoki, takimi jak Gwiezdne wojny (1977) czy Bliskie spotkania trzeciego stopnia (1977).
Film zaczyna się w miarę spokojnie, budząc skojarzenia z jakąś familijną produkcją. Mamy tu bowiem pewną rodzinę, która wybiera się na ranczo głowy. Towarzyszy mu żona, starszy syn, młodszy syn, który pasuje bardziej na wnuczka oraz partnerka z córką. Po przybyciu na posesję zauważają, że całe ich domostwo jest wywrócone do góry nogami.
Nie przeszkadza im to w rozpaleniu grilla. Wieczorem gospodarz wraz z żoną są świadkami przelotu grupy niezidentyfikowanych świateł. Nie udaje im się dotrwać nocy do końca, a to z uwagi na dziwaczne wydarzenia, mające miejsce zarówno wokół, jak i wewnątrz domu. Wystarczy powiedzieć, że w pewnym momencie na ranczu pojawiają się ogromne plastelinowe stwory, które zaczynają siać zamęt w okolicy.
Dzień, w którym czas się skończył to jeden z tych filmów, który ma kilka tytułów i czasem trudno dojść do tego, który jest prawidłowy. Także sama fabuła filmu nie może się jakby zdecydować, czym ma być. Złowroga muzyka sugeruje, że mamy tu do czynienia z zagrożeniem i grozą. Gdy jednak pojawiają się gumowe stworki, wrażenie to pryska.
Momentami produkcja zakrawa na kino familijne, zwłaszcza w scenach z nieletnią bohaterką, która jako jedyna zdaje się nie dostrzegać nic dziwnego w zaistniałej sytuacji. Są też lekko zaakcentowane elementy akcji, a całość pochodzi zdecydowanie pod gatunek sci-fi. Na sam koniec mamy zaś ewidentny, nieco koślawy, skręt w stronę New Age z całym jego gadaniem o miłości, ładzie i wspólnym dobrze.
A jak to wygląda pod kątem rzemiosła? Nie jest z tym tak źle, jakby można było się obawiać. Aktorstwo nie jest wybitnie i balansuje na granicy amatorszczyzny, lecz ostatecznie jej nie przekracza, broniąc się telewizyjną rutyną. W obsadzie wyróżnić można Christophera Mitchuma, czyli syna słynnego Roberta Mitchuma, który jednak nie ma tu wiele czasu ekranowego i nie może się zbytnio pochwalić warsztatem. Tym, co prezentuje się najlepiej w filmie, są muzyka oraz zdjęcia.
Twórcy wykorzystali umiejętnie dane im lokacje pustynne, kreując bardzo klimatyczny nastrój alienacji, towarzyszący bohaterom przez większość czasu. Spore wrażenie może także robić intro, odbywające się w przestrzeni kosmicznej. Buduje ono atmosferę pewnej tajemnicy, a wykonanie efektów specjalnych nie razi specjalnie. Robotę robi tu także wspomniana ścieżka dźwiękowa, która jest jakby skrojona do bardziej epickiego materiału. Film ma charakter dość zbliżony do innych znanych produkcji, ale autorom udało się, chociażby przez dodanie animacji stop motion nadać mu jakiejś własnej tożsamości.
Oryginalny tytuł: The Day Time Ended
Produkcja: USA, 1979
Dystrybucja w Polsce: BRAK

