
Popularne serie slasherów mają to do siebie, że potrafią ciągnąć się praktycznie w nieskończoność, ku zadowoleniu nie tylko chciwych producentów, ale nierzadko widowni. Tak było z serią Krzyk, która wróciła z gracją w 2022 roku i kolejnym, moim zdaniem równie udanym, już szóstym sequelem rok później. Wszystko wskazywało na to, że dobra passa będzie trwać. Niestety, kiedy studio i jego zafiksowani w prawą stronę włodarze ot tak wyrzucają ciągnącą to wszystko aktorkę, bo ta nie jest im kompatybilna światopoglądowo, nie może z tego wyjść nic dobrego.
Dlatego też wokół siódmej odsłony zapoczątkowanej w 1996 roku przez Wesa Cravena serii horrorów było sporo szumu i cała masa zakulisowych plotek. Wyrzucenie z filmu Melissy Barrery mnie osobiście dotknęło, w ślad za nią poszła Jenna Ortega, której obecność jest mi już obojętna. Mimo tych wszystkich red flagów, nienajlepszej pracy stojącej za dystrybutorem i pierwszych recenzji, które zmieszały tytuł ten z błotem, i tak poszedłem do kina. W końcu oglądam te filmy na dużym ekranie od 2022 roku.
Nie chcę Was zanudzać znęcaniem się nad tym dziełem, bo traktuję to trochę tak, jak śmianie się z niepełnosprawnego dziecka. Bo nowy Krzyk jest właśnie jak taka niezrozumiana, dysfunkcyjna osoba starająca się nadgonić wszystkich wokoło. Chciałby, ale nie może. Z drugiej jednak strony trochę strach jest wziąć go do siebie i przytulić, bo może kopnąć, zwyzywać i zacząć bredzić jakieś sobie tylko znane, konserwatywne farmazony. Jeśli chcecie po prostu wiedzieć, czy jest to najsłabsza część serii, to tak, jest.
Film wraca do znanej od początków trwania serii Sidney Evans (z domu Prescott), granej przez Neve Campbell. Fabuła skupiona jest na wysiłkach pogrążonej w traumie kobiety, która stara się chronić swoją nastoletnią córkę Tatum (Isabel May) przed kolejnymi wcieleniami Ghostface’a. Jeden z nich przedstawia się początkowo Stu Macher (Matthew Lillard), jeden z morderców, który zginął w pierwszym filmie. Ale czy osoba po drugiej stronie ekranu to naprawdę Stu? Czy to jest podróbka zaprojektowana w AI?
Oczywiście odpowiedź na to pytanie nie ma najmniejszego znaczenia, bo jak mówią w pewnym momencie sami bohaterowie filmu, Lillard to tylko nostalgiczny, jakże banalny wabik, mający na celu zwrócenie uwagi widowni. Sam początek, który wprost prowadzi nas przez zaaranżowane na muzeum/Airbnb domostwo znane z pierwszej części to żerowanie na naszym sentymencie, bezczelne i mało odkrywcze co prawda, ale na jakimś meta poziomie dostarczające nawet nieco frajdy. Niby pasuje to do serii, która przecież ocieka slapstickiem i banałem, ale w dzisiejszych czasach nawet od slasherów możemy oczekiwać nieco więcej.
Twórcy Krzyku 7 wolą jednak robić sześć kroków w tył, w domyśle mających nadać im odpowiedniego rozbiegu, dając nam film, który wygląda niczym relikt z początków XXI wieku. Nie ma tutaj ani jednego niuansu, prócz wykorzystania motywu deepfake i AI próżno szukać czegoś, co może konstatować współczesną rzeczywistość. A przecież nawet slashery nie powstają w próżni, więc może czas już wyjść poza konserwatywne, w większości białe i ultra purytańskie przedmieście niczym z broszury propagandowej amerykańskich Republikanów. W zasadzie najlepszym, co wnosi film ten do popkulturowej debaty, to potwierdzenie, że prawica nie powinna brać się za tworzenie kultury.
Najgorsze jest jednak to, pomijając już całą płyciznę scenariusza czy niedorzeczne zachowania bohaterów, że film stanowi wręcz antykobiecy manifest, idealnie wpisując się w patriarchalne konwenanse stojącego za jego plecami Paramount. Niby twórcy chcą iść z duchem czasu, prezentując na ekranie silnie postacie kobiece, jednak te dość mocno trzymają się swoich konserwatywnych kajdan. Sydney to przykładna matka i żona, jej córka w wieku nastoletnim wciąż unika seksualnej inicjacji, a jej banda nudnych znajomych na krok nie wykracza poza heteronramtywne schematy. Nuda.
Dodajmy do tego chyba najbardziej bełkotliwe motywacje mordercy (albo morderców?), kilka absurdalnych scen mordu (ktoś miał słabość do kobiet bezwolnie wiszących pod sufitem) i ekipę bohaterów, którym naprawdę nie da się kibicować (no może Sydney, ze względu na sentyment). Taki właśnie jest Krzyk 7, zdecydowanie najgorsza, najgłupsza część tej jakże pojemnej franczyzy, która na tym momencie zaczyna być już autoparodią. A przypominam tylko, że poprzednie części najwięcej wygrywały wtedy, kiedy właśnie wyśmiewały w inteligenty sposób prawidła rządzące gatunkiem.
Oryginalny tytuł: Scream 7
Produkcja: USA, 2026
Dystrybucja w Polsce: forumfilm.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
