Istnieją różne podziały w życiu. Trudno tu wymieniać wszystkie, ograniczmy się zatem do kultury i sztuki. Dominującą rolę odgrywa tam tak zwany mainstream. Tworzą go artyści dobrze znani i lubiani przez szeroką widownię. Ich dzieła są rozpoznawalne oraz rozpowszechniane przez masz media czołowe.
Często posiadają wręcz status gwiazdy, a ludzie marzą o tym, by zdobyć ich autograf, kosmyk włosów, czy używaną bieliznę. Zwłaszcza w świecie muzyki jest to zjawisko powszechne. Cała ta sytuacja jest oczywiście chora, a uwielbiani artyści są tak jak wszystko, co popularne, często bez większej wartości. Na szczęście istnieje także drugi biegun zjawiska, a mianowicie tak zwani muzycy z cienia, z niebytu, amatorzy, czyli inaczej mówiąc outsider artists.
Należy przy tym rozróżnić takich wykonawców od tych z undergroundu. Istnieje bowiem między nimi różnica. Ci z undergroundu często przedostają się bowiem do mainstreamu, a samo to pojęcie jest ruchome i umowne. Outsider artists za to nawet, jak zdobędą jakiś rozgłos, to zawsze pozostaną na marginesie, ponieważ są zwykłymi ludźmi, którzy lubią sobie po prostu muzykować. Nigdy nie zdobędą szczytów list przebojów, nie zapełnią stadionu, ich piosenki nie będą grane w radio, a teledyski w świętej pamięci MTV. Nie będą mieli groupies i nie będą rozwalać hotelowych pokojów, bo jak sama nazwa wskazuje, są outsiderami. Są to często jednostki introwertyczne i zamknięte w sobie.
Większość muzycznych outsiderów, jakich znam, pochodzi z USA. No dobrze wszyscy stamtąd pochodzą. Kolejny dowód na wpływ popkultury tego kraju na resztę świata. Wielu z tych artystów zdobyło sobie sympatię szerszej widowni dzięki rozwojowi Internetu i portali takich jak YT. To tam właśnie można odnaleźć różne zapomniane perełki. Tak też natrafiłem na Marka Gormleya. Ten wyglądający niepozornie pan okazał się dokładnie tym niepozornym panem. Czasem można oceniać po okładce. Z tym wyjątkiem, że pisał piosenki i sam je śpiewał. Gdy pierwszy raz się je słyszy, jak również widzi video do nich nagrane, można doznać szoku kulturowego. Mieszane uczucia ustępują jednak prawdziwemu szczeremu uznaniu. Mark bowiem to artysta absolutny. Jest jak tęcza na niebie jak płynąca woda. Po prostu jest.
R. Stevie Moore jest za to uważany za ojca stylu lo-fi. Zaczął nagrywać jeszcze w latach 70. i robi to do dzisiaj, będąc najdłużej chyba działającym niezależnym artystą na rynku. Jego proste kompozycje nie narzucają się i niosą spore znamiona chałupnictwa, tak samo, jak stworzone do nich teledyski. Równie płodnym muzykiem jest Jandek, który wydał ponad 100 albumów. I zyskał z czasem jakąś formę sławy i uznania także w szerszym kontekście. Utwory Jandka są łatwe do rozpoznania. Stworzył on swój własny styl grania i śpiewania trochę taki jakby słabosilny, ale jednak zapadający w pamięć.
Jeśli chodzi o kobiety, to wymienić można tu Jan Terri, której teledyski stały się swego czasu prawdziwym viralem na YT. Możliwe, że nieco brakuje im w warstwie produkcyjnej, ale same utwory wpadają w ucho i mają potencjał. Najbardziej zaś kultowym przedstawicielem nurtu nazwać można świętej pamięci Daniela Johnstona. Ma on nadal wierną rzeszę fanów, a jego album Hi, How Are You? to sztandarowy przykład outsider music. Równie znany a właściwie niesławny jest zespół The Shaggs stworzony przez trzy siostry nieumiejące na niczym grać. Powstanie grupy było ponoć inwencją ojca z wizją, która mówiła, że jego dzieci zdobędą sławę i pieniądze.
Częściowo ten plan się sprawdził, ponieważ list przebojów może nie zawojowały, ale stały się kulturowym fenomenem, do którego odniesienia można znaleźć nawet we współczesnej sztuce. Można by wymienić jeszcze kilka, czy kilkanaście osób powiązanych z nurtem, co tylko potwierdza, że nie jest on tak niszowy, jak mogłoby się wydawać. Udowadnia także, że nie trzeba mieć zaplecza, by nagrywać własną muzykę, która na pewno będzie cechowała się szczerym przekazem oraz autentyzmem, którego nieraz brakuje popularnym artystom.

