
Nie ma współczesnego feminizmu bez antykapitalizmu – to jakże ważne hasło idealnie pasuje do nowego filmu Maggie Gyllenhaal, Panny młodej!, która w swej artystycznej, odważnej kreacji zderzyła się ze ścianą krytyki niewysublimowanej widowni, dla której kino utknęło gdzieś pomiędzy nowym tworem Marvela a kolejnym serialem Netflixa. W końcu kapitalizm polega na ujednoliceniu potrzeb i gustów, a jeśli coś nie podoba się ogółowi, to automatycznie nie jest atrakcyjne na każdym innym polu.
Jestem osobą, która lubi się zaskoczyć w kinie, więc przed wycieczką do takowego przybytku kultury staram się nie czytać, nie słuchać żadnych opinii na temat upatrzonego dzieła. Jednak w przypadku filmu Gyllenhaal nie dało się po prostu uciec od wszechobecnej krytyki, która mniej lub bardziej mieszała tytuł ten z błotem. Niczym kolorowe róże wyrastające z szarego betonu frustracji pojawiały się głosy, które Pannę młodą! chwaliły.
W końcu gust jest jak plecy, każdy ma swoje, i właśnie z mojego garba zrzuciłem ciężar oczekiwań, wybierając się do kina z zupełnie czystą, pozbawioną oczekiwań głową. Niektórzy powiedzą, że nie mam gustu i się po prostu nie znam, dla innych będzie to pokazówka wychodzenia na przekór powszechnej opinii, a ja powiem Wam, że mi się film Maggie naprawdę podobał. No okej, ma on swoje błędy, często dość poważne, ale jeśli miałbym dziesięciokrotnie wybierać między Panną młodą! a Frankensteinem (2025) del Toro, to dziesięć razy postawiłbym na film Maggie Gyllenhaal.
Już sama podstawa fabularna jest intrygująca, co najmniej. Co by było, gdyby Frankenstein i jego narzeczona zostali zrzuceni do Chicago w latach 30. XX wieku i przeżywali wyjęty spod prawa romans niczym Bonnie i Clyde? Ponieważ film został nakręcony w Warner Bros., a nie w Universalu, nie mamy bezpośredniego nawiązywania do dziedzictwa Borisa Karloffa i Elsy Lanchester, choć Gyllenhaal czyni w ich stronę ukłony co kilka kroków. Potworowi zatem bliżej do oryginalnej powieści Mary Shelley, jest cywilizowanym erudytą o gołębim sercu. No powiedzmy, że do czasu.
Od razu powiem, że bardzo podobał mi się zabieg, w którym duch Shelley dosłownie unosi się nad całą historią, będąc jej meta-hostem. No i w jej rolę wciela się Jessie Buckley, ta sama aktorka, która zostaje ożywiona na ekranie jako tytułowa Panna Młoda, więc już wiecie, że to prawdziwa uczta dla wszystkich tych, którzy cenią sobie niekonwencjonalne, wciąż jednak wybitne aktorstwo. Nie wchodząc w spoilery, powiem tylko, że losy Panny Młodej i Franka (Christian Bale) splatają się w przestępczym szlaku, a po piętach depczą im nie tylko stróże prawa, ale również chicagowski półświatek.
Panna młoda! to furia, dzika, nieokiełznana i bezczelna w swojej ekstrawaganckiej formie. Ci widzowie, którzy nie są przyzwyczajeni do takiego przeszarżowanego kina, na poziomie reżyserii, aktorstwa i plastyki, mogą się czuć wręcz zaszczuci. Problem polega tylko na tym, że wszystko to, co w tym filmie najlepsze i najpiękniejsze, dotyczy dwójki głównych bohaterów, bo wszystko to, co orbituje wokół, od postaci drugoplanowych po świat przedstawiony, jest albo spłycone do granic, albo finalnie nie prowadzą do niczego ciekawego. Ale to, że drugi plan ciągnie film w dół, nie jest niczym nowym, najgorsze jest to, że…
…Film ma jedno z najgorszych zakończeń, jakie wdziałem w kinie od dawien dawna. W zasadzie ostatnie 10-15 minut jest tak złe, że mam wrażenie, jakoby sabotowało całą historię, zmieniając progresywny, mocno feministyczny kierunek na sztampową, do bólu banalną historię miłosną. Jest tutaj nawet taka scena, przed tym nieszczęsnym finałem, która tak ładnie zamyka film w ramach swoich wartości, że aż trudno mi uwierzyć, że to, co nastąpiło po niej, jest naturalnym wyborem twórczym reżyserki. Dla tych, którzy film już widzieli, powiem, że dla mnie opowieść ta kończy się dosłownie w polu kukurydzy. To, co przyszło później, uważam tylko za wymóg studia, które jednak woli łasić się do tych mniej wymagających widzów.
Nie słuchajcie zatem tych wszystkich narzekań, bluzgów czy powierzchownej krytyki kierowanej w stronę Panny młodej!. Nie jest to w żadnym wypadku arcydzieło, ciężko również mówić w tym przypadku o jakimś wielkim zwrocie w popkulturze feminizmu. Jestem jednak zdania, że skoro jako widownia dojrzeliśmy już do gatunkowej, artystycznie wyzwolonej krytyki kapitalizmu, to w taki sam sposób możemy również godzić w patriarchat. Podziwiam odwagę Maggie Gyllenhaal, kupiłem jej wizję i bawiłem się na niej naprawdę dobrze. A jeśli są jakieś potknięcia? No cóż, nikt nie jest doskonały, ważne, że się starała.
Oryginalny tytuł: The Bride!
Produkcja: USA, 2026
Dystrybucja w Polsce: warnerbros.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
