
Postaci Johna Carpentera nie trzeba przybliżać nie tylko fanom kina grozy, ale wszystkim tym, którzy interesują się kinematografią w sposób świadomy. Halloween (1978) czy Coś (1982) to tylko wierzchołek całej góry kultowego kina, które oddał w nasze ręce ten amerykański reżyser i wizjoner zarazem. Co prawda wraz z nowym wiekiem XXI twórca ten nieco pogubił się w rzeczywistości, jak większość mistrzów jego pokolenia, lecz dla mnie jego nazwisko przy kolejnych projektach dalej potrafi elektryzować.
O John Carpenter’s Suburban Screams, antologicznym serialu grozy sygnowanym nazwiskiem mistrza i zawierającym jeden odcinek wyreżyserowany właśnie przez niego, pisałem dużo. Z początku śledziłem wszystkie doniesienia, oglądałem zwiastuny i analizowałem twórców, którzy go tworzyli. Wszystko pękło gdzieś na poziomie pierwszych, płynących zza oceanu recenzji, które, krótko mówiąc, zjechały serię z błotem. Na kilka lat zapomniałem o tym tytule.
Przyszedł jednak czas, kiedy znalazłem wewnętrzną siłę, by w końcu się z tym tytułem zmierzyć. Nie powiem, żebym robił to z jakąś szczególną przyjemnością, bo na tym etapie wiedziałem już, że jest to raczej niewypał, ale zawsze fajnie uzupełnić sobie filmografię twórcy, którego się ceni i do którego czuję autentyczną sympatię. Nie będzie tajemnicą, jeśli powiem, że nie jest to nic wartego uwagi, a jeśli tak, jak ja, lubicie całościowo doświadczać tekstów i ikon kultury, do obejrzycie tylko finałowy, nakręcony przez Carpentera właśnie epizod.
Serial zanurza, a raczej stara się zanurzyć głęboko w strachy amerykańskiego przedmieścia, łącząc techniki dokumentalne z filmowymi rekonstrukcjami. Prawdziwe opowieści opowiedziane przez tych, którzy je przeżyli, stanowią kręgosłup tej antologii. Od upiornych następstw imprezy z planszą Ouija, po stalking z wykorzystaniem współczesnych technologii, różnorodność tematyczna jest godna pochwały! Mieszanka miejskich legend, nadprzyrodzonych opowieści i realnych zbrodni brzmi w teorii interesująco. W teorii.
W praktyce wychodzi to niestety bardzo, bardzo miałko, nijako i po prostu źle. Z bólem serca patrzy się na realizacyjną amatorkę, która próbuje nadać tym wszystkim ekranowym okropnością dokumentalny sznyt. Te wszystkie setki z ludźmi, którzy mieli doświadczyć opowiadanych przez siebie historii, wypadają naprawdę żałośnie i nieprzekonująco. Poza tym sama narracja zawarta w tych epizodach jest często tak absurdalna, że trudności pojawiają się już na obowiązkowym zawieszeniu niewiary.
Przykładowo odcinek numer dwa, Escaped Killer, miał okazję nieco odnieść się do mojego ulubionego filmu Carpentera, wspomnianego Halloween, czyniąc podsycany quasi dokumentalnymi wstawkami slasher brutalną krytyką małomiasteczkowej obojętności. Nic z tego, bo zarówno krótki metraż, odcinki nie trwają zazwyczaj powyżej pół godziny, jak i scenariuszowa płycizna nie pozwalają się wznieść historiom ponad poziom początkującego kanału na YouTube, chcącego celować w publikę spragnioną spooky kontentu.
Brakuje mi tutaj przede wszystkim tego, za co tak mocno pokochałem reżyserski sznyt Carpentera w opowiadaniu historii – zaklęciu w ramy gatunków lęków, które towarzyszą nam wszystkim. Tutaj najlepsze poletko ku temu miał odcinek czwarty i historia Bunny Mana. Oczywiście ci, którzy siedzą w internetowej grozie i miejskich legendach, znają tę historię doskonale, a twórcy mogli wykorzystać ją jako nośnik społecznych strachów, szczególnie związanych z seksualną inicjacją. A co otrzymaliśmy? Czytanie tekstów z Wikipedii i słabe inscenizacje.
John Carpenter’s Suburban Screams to zwykły niewypał, rzecz, która powstała chyba tylko z powodu jakichś machlojek lub zobowiązania Johna wobec zarządu Peacock. Myślę, a nawet jestem pewny, że temat podmiejskiego horroru można ugryźć w dużo lepszy, bardziej angażujący i emocjonujący sposób.
Oryginalny tytuł: John Carpenter’s Suburban Screams
Produkcja: USA, 2023
Dystrybucja w Polsce: BRAK

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
