Martwi przed świtem (2025)

Czy da się nakręcić polski film będący umoczony w nurcie giallo? Oczywiście, że się da, jednak nie wystarczy przed tym obejrzeć dwóch filmów Dario Argento czy Lucio Fulciego. Giallo nie zmyka się tylko w jednej, zdominowanej przez kontrastujące światła i skórzaną galanterię estetyce, ale to kawałek kina, który ma swoją konkretną konstrukcję, prawidła i niuanse. W przypadku Dawida Torrone i jego Martwych przed świtem jestem skłonny wyłożyć diamenty przeciw orzechom, że ktoś nie odrobił rzetelnie zadania domowego.

Jest to dla mnie o tyle bolesne, że mówimy o produkcji rodzimej. A ze zwyczajnego, patriotycznego poczucia dumy chciałbym, żeby robiono u nas kino, które wnosi coś nowego, niekoniecznie wielkiego, do eksploatowanych w świecie gatunków. Nie wiem, czy to brak po prostu odpowiedniej wrażliwości u twórców, czy może mur złożony z ostrożnych producentów i wydawców.

Fabułę filmu streścić można na jednej fiszce powiewającej na lodówce. Ot grupa młodych aktorów dostaje zaproszenie od tajemniczego pisarza do dawnego teatru, gdzie będą prowadzić próby do obscenicznej sztuki w okultystycznych klimatach. Trochę trzeba poczekać, nim padnie pierwszy trup, ale kiedy licznik zabójstw kliknie start, leci z niczym z górki.

Historia opowiedziana przez Torrone nie jest nawet pretekstowa, to po prostu tło i nie ma najmniejszego sensu, żeby angażować w nią jakiekolwiek emocje. Mogę pokusić się nawet o stwierdzenie, że jest to dzieło antyfabularne, będące konstrukcją bliżej tych wszystkich sklejek scen na YouTube i amatorskich nagrań telefonem, niż prawdziwego filmu.

I właśnie tutaj wychodzi mój problem do twórców, którzy chcą sprzedać film jako to wspomniane „polskie giallo”. Filmy giallo cechują się złożonymi fabułami, pełnymi fałszywych tropów (tzw. czerwonych śledzi), podejrzanych postaci i motywów. Martwym przed świtem bliżej to tandetnego, niezbyt lotnego slashera, w którym po prostu grupa słabo zarysowanych postaci mierzy się z enigmatycznym mordercą, by na koniec… a zresztą co Wam będę spoilerował.

Tu wychodzi na powierzchnię również kolejna bolączka filmu, aktorstwo. Warsztat odgrywających swoje role w przeważającej części młodych ludzi trąci amatorszczyzną, w której nie pomaga największa bolączka, już w zasadzie mem, polskiego kina – jakość audio. Na szczęście, jak już wspomniałem, historia tutaj opowiadana jest już tak bardzo nijaka, że można spokojnie koło uszu puścić ten cały niezrozumiały bełkot.

Jeśli miałbym już coś tutaj pochwalić, to pochylę się nad niektórymi scenami morderstw. Te są oczywiście podkradzione z innych filmów, często w bardzo ordynarny, bezczelny sposób, ale jak na warunki rodzimego kina nie można im odmówić odwagi. Tryskający kikut co prawda wygląda identycznie jak w Tenebre (1982) Argento, a nabijane na szpikulec oka, choć widocznie komputerowe, mają jakiś urok. Ale to wciąż kopia, pozbawiona świeżości i własnej wizji. W ogóle za scenę z finału to Dario Argento powinien wypłacić wychowawczego liścia panu Dawidowi.

Oglądanie Martwych przed świtem może przyprawić o nieprzyjemne poczucie skrętu z żenady. To kino, które nie mając własnej wartości, stara się usilnie kraść od innych i nawet bardzo nie aranżować tego na swoją modłę. To nie jest kino niepotrzebne, to wręcz szkodliwa produkcja, starającą się wmówić nam, że najlepsze, na co zasługujemy, to festiwal plagiatu. A na to się nie zgodzę.

Oryginalny tytuł: Martwi przed świtem

Produkcja: Polska, 2025

Dystrybucja w Polsce: BRAK

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *