
Mimo licznych uprzedzeń jestem fanem polskiego kina w tym sensie, że dobrze mu życzę. I cieszy mnie, gdy na horyzoncie pojawi się jakiś nowy twórca albo nowy pomysł. Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej w reżyserii Emi Buchwald zdaje się właśnie taką pozycją. Nie jest to może jakieś odkrywcze kino, które nadaje nurt ogólnemu kierunkowi, ale ma coś w sobie, co sprawia, że warto dać mu szansę.
Ogólne założenie jest słuszne, a poruszane motywy takie jak wiecznie aktualny wątek niewyjaśnionych rodzinnych układów należą do zagadnień uniwersalnych. Innymi słowy, widzowie powinni być zainteresowani, jak obecnie wyglądają owe kwestie. Warto również zwrócić uwagę na wplecenie do całej historii elementów poniekąd nadprzyrodzonych w postaci żywego folkloru.
Film rozpoczyna długie ujęcie starego mieszkania, które stanowi ciekawą formę wprowadzenia w fabułę. Następnie widzimy trójkę ludzi siedzących w aucie. To Benek (Bartłomiej Deklewa), Nastka (Izabella Dudziak) i Jana (Karolina Rzepa). Śledzą oni właśnie swojego brata Franka (Tymoteusz Rożynek). Robią to, ponieważ się o niego martwią.
Franek od jakiegoś czasu izoluje się od rodzeństwa, żyjąc swoim życiem wypełnionym muzyką, szemranymi interesami oraz związkiem z nową dziewczyną. Zdaniem rodziny przynajmniej dwie z tych rzeczy mają na niego zły wpływ. W ten sposób zaczyna się opowieść o trudnych relacjach czwórki rodzeństwa, którego wzajemne kontakty stają się wraz z biegiem czasu coraz bardziej skomplikowane.
Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej to film współczesny. Wskazuje na to nie tylko rok powstania, ale też stroje, sposób mówienia, czy muzyka. Dobór tej ostatniej należy ocenić pozytywnie, ponieważ pasuje do całości. Można to przyznać, nawet jeśli nie jest się fanem nowoczesnego hip-hopu. Wizualnie produkcja prezentuje się więcej niż dobrze, a przejrzyste kadry stanowią jeden z jej głównych atutów.
W filmie wszyscy mówią do siebie „typie” albo „typiaro”, co też jest dowodem, że akcja dzieje się w środowisku ludzi młodych. Z tą młodością to jednak kwestia względna. Dzisiejsi 30-latkowie to niegdysiejsi 20-latkowie. Mogą nadal nie wiedzieć, co chcą od życia i spędzać czas właściwie nie wiadomo na czym. Właśnie o tym poszukiwaniu własnego kąta na świecie, także w sensie dosłownym, traktuje między innymi obraz Buchwald.
Tym, co może niektórym przeszkadzać w odbiorze filmu oraz w nawiązaniu jakiejś bliższej relacji z bohaterami jest życiowe niezdecydowanie. Można również oskarżyć ich o pewien rodzaj letargu. Są oni jakby pozbawieni energii i częściowo zobojętniali w stosunku do rzeczywistości. Te momenty marazmu są przerywane nagłymi wybuchami emocji, gdy już ich wytrzymałość osiągnie masę krytyczną. Jest to jednak w sumie zaleta produkcji, ponieważ przedstawia ona w ten sposób w dość realistyczny sposób rozterki dzisiejszych dwudziestoparolatków, którzy jak najbardziej mają prawo do bycia skonfundowanymi.
W wersji reżyserki Buchwald starzy nie istnieją. Są tylko wspomnieniem. Mam tu na myśli rodziców, którzy nie biorą udziału w godzeniu rodzeństwa ze sobą. Jest to intrygujący zabieg, jako że na ogół w realnym świecie starsze pokolenie angażuje się w życie dzieci, nawet wbrew ich woli. Bohaterowie Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej sami jednak rozwiązują swoje problemy oraz prostują to, co skrzywione. Film udowadnia, że silne więzy krwi pomagają przetrwać każdą zawieruchę.
Oryginalny tytuł: Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej
Produkcja: Polska, 2025
Dystrybucja w Polsce: kinoswiat.pl

