
Równą dekadę przyszło czekać na kontynuację genialnej, przełomowej i kanonicznej już Nocy żywych trupów (1968) George’a A. Romero. Była noc, więc naturalnym cyklem jest nastanie świtu. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że to właśnie ten drugi film ugruntował kino grozy z zombie w roli głównej, jakie znamy po dziś. Tak, jak pierwszy film niezależnego filmowca z Pittsburgha czerpał jeszcze mocno z estetyki i tropów klasycznego horroru, sequel pchnął punkt ciężkości w stronę najstraszniejszego ze wszystkich potworów – kapitalizmu.
O tym, jak wielkim krokiem w przód był Świt żywych trupów dla całego przemysłu filmowego, napisano tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy tekstów. To już kawał historii tego medium i kamień milowy, utwierdzający już ostatecznie w przekonaniu, że żaden nurt X muzy nie jest tak sprawny w konstatacji rzeczywistości, jak właśnie horror. Dlatego, jeśli ktokolwiek będzie starał się Was utwierdzić w przekonaniu, że kino grozy nie jest nośnikiem idei, odpalcie mu to arcydzieło.
Choć z początku może wydawać się, że jest to sztampowa, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy, historia o zombie. W budowaniu jego monumentalności nie pomaga również fakt, że film sam siebie nie traktuje zbyt poważnie, pozwalając sobie na całą masę slapstickowego humoru, ironii i wizualnej rozpusty, zwłaszcza w sekwencjach składających się na finał. Wciąż jednak nie przyćmiewa to jego antykapitalistycznego, szczególnie godzącego w kulturę konsumpcji, komentarza społecznego.
Śledząc losy czwórki ocalałych pośród szalejącej apokalipsy zombie, trafimy do najważniejszego miejsca ówczesnego mieszkańca USA, dziś całego Zachodu, czyli ogromnego, pełnego różnorakich sklepów i atrakcji centrum handlowego. Coś, co miało być chwilową przerwą na oddech pośród chaosu, staje się nowym domem dla naszych bohaterów. Bo jak mówi nam Romero, koniec świata może być całkiem zabawny, kiedy mamy pod sobą szereg kolorowych produktów, przetworzonego żarcia i wszelkiej maści zabawek.
Tematy i sposób, w jaki porusza je Romero, są tak kąśliwe, jak nieumarli włóczący się bez celu po przepastnych korytarzach centrum handlowego. Bardzo podoba mi się tutaj pewien niuans, który po dziś wynosi ten film ponad wiele podobnych. Świt… co prawda krytykuje konsumpcjonizm, jednocześnie wykorzystuje go jako ponton bezpieczeństwa dla będących bohaterami ocalałych, aranżujących galerię na swój dom. Nieumarli polegają na swoich najbardziej prymitywnych wspomnieniach i zainteresowaniach, z których większość polega na wspomnianym bujaniu się po centrum handlowym. Skąd my to znamy?
Jest jednak coś kojącego w widoku zarówno tych zblazowanych zombie, jak i naszych bohaterów, którzy potrafią sobie urządzić spokojne, dostanie życie jako jedna, wielka rodzina. Jednak jak w każdej rodzinie dochodzi często do kłótni, a problem polega na tym, kto zaczął i stał się prowodyrem całego zajścia. Napięcie i stres bulgocze na strychu centrum handlowego i dość nieuniknionym jest wstrząs, który wywróci tę pozorną idyllę do góry nogami. Przy tak silnej chemii między poszczególnymi członkami „rodziny”, nie jest zaskoczeniem, że Świt… jest kinem mocno angażującym widza w swoją intrygę. Po raz kolejny powtórzę, rzadko spotyka się to dziś w kinie gatunku.
Można rozkładać film Romero na czynniki pierwsze kawałek po kawałku, jednak wciąż mamy do czynienia z nurtem kina, w którym przemoc stanowi integralną część narracji. Tytaniczna praca Toma Savini przy nadaniu wszystkim tym masakrowanym zwłokom odpowiedniego kolorytu doczekała się swoich własnych produkcji dokumentalnych, więc jeśli nie wiecie, z jakim kalibrem macie do czynienia, niech to posłuży za wyznacznik. Jestem także fanem tych niebieskawych, widocznie kreskówkowych zombie, które idealnie właśnie wpisują się w slapstickowy horror z przymrużeniem oka. No i ta pastelowa krew!
Trudno dziś pisze się o takich filmach, jak Świt żywych trupów, bo przecież powiedziano już o nich wszystko. Mi również nie pozostaje nic innego, jak tylko zachęcić Was do seansu arcydzieła Romero. Z drugiej strony czy trzeba jeszcze dziś, blisko 50 lat po jego premierze, są jeszcze na świecie osoby, którego go nie widziały? Jeśli tak, to powinno być Wam zwyczajnie wstyd, ot co.
Oryginalny tytuł: Dawn of the Dead
Produkcja: USA/Włochy, 1978
Dystrybucja w Polsce: vision.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
