
Mające swoją premierę w 1978 roku Halloween Johna Carpentera było filmem przełomowym. Nie tylko dlatego, że usystematyzowało formułę, jaką jest po dziś dzień filmowy slasher, ale również nieźle namieszało w box office, zarabiając 47 milionów dolarów przy budżecie oscylującym przy 300 tysiącach zielonych. To był sukces, na który wielu innych twórców patrzyło nie tylko z podziwem, ale i szczerą zazdrością. W końcu to film, w którym wszystko oparte zostało na postaci tajemniczego mordercy uganiającego się z nożem za nastolatkami.
Jednym z nich był Sean Cunningham, gość, który specjalizował się w kręceniu na przemian komedii z pieprzykiem i filmów familijnych. Warto również wspomnieć, że jako producent pracował przy Ostatnim domu po lewej (1972) Wesa Cravena, jednym z bardziej innowacyjnych, wizjonerskich filmów grozy, które odcisnęły swoje piętno na całym gatunku. Craven właściwie sam odezwał się do Cunninghama po jego debiutanckim filmie The Art of Marriage z 1970 roku, który bardzo spodobał się Wesowi. Oboje dość szybko się dogadali, Craven został współproducentem drugiego filmu fabularnego Cunninghama, Together (1971), więc ten odwzajemnił się rok później przy wspomnianym Ostatnim domu po lewej.
Film Cravena był dla Cunninghama niezłą lekcją z marketingu, która później przydała się przy promocji opisywanego tutaj Piątku trzynastego. Produkcji, której ambicją od samego początku było zbicie jak największego kapitału z popularności Halloween Carpentera. Cunningham wiedział, że reklama musi być wyjątkowa i zadziałać niczym jego tajna broń, aby Piątek trzynastego mógł wznieść się ponad inne slashery z tamtej epoki.
Pierwszą zmianą wymuszoną przez obraną strategię marketingową, była zmiana tytułu. W końcu oryginalny tytuł od scenarzysty Victora Millera brzmiał A Long Night At Camp Blood. Zbyt długi, niezbyt wdzięczny i trochę tandetny, więc Cunningham zaproponował nowy tytuł, który znamy dziś. Zatrudnił nowojorską agencję do stworzenia ikonicznego logo i wykupił reklamę w czasopiśmie Variety, prawie rok przed premierą filmu. Hasła reklamowe okrzyknęły Piątek trzynastego „najbardziej przerażającym filmem, jaki kiedykolwiek nakręcono”, mimo że… jeszcze nie został nakręcony.

Halloween zapoczątkowało prawdziwy boom na podgatunek, jakim jest slasher, więc Cunningham musiał pośpieszyć się z zaklepaniem znaku towarowego, jakim był Piątek trzynastego, zanim zrobiłby to ktoś inny. I dla mnie tytuł ten był strzałem w dziesiątkę, pozostając w tradycji nazewnictwa sugerującego konkretny dzień, będąc równocześnie zakorzenionym w mitologii nordyckiej, a także chrześcijańskiej. Oczywiście tak szybkie działanie wymusiło presję do działania na całej reszcie ekipy skupionej wokół filmów.
Co ciekawe, nie był to pierwszy film, który użył właśnie takiego tytułu. W 1979 roku ukazał się film Friday The 13th: The Orphan, który obecnie funkcjonuje jedynie pod nazwą The Orphan, chociaż oryginalny plakat podkreśla zdecydowanie pierwszy człon tytułu. Produkcja ta miała swoją premierę w listopadzie, całe cztery miesiące po tym, jak Variety opublikowało reklamę Cunninghama 4 lipca. Czy Cunningham wiedział o nadchodzącym filmie? Czy producenci The Orphan zobaczyli jego reklamę? A może to tylko zbieg okoliczności?
Naszedł w końcu 9 maja 1980 roku i do kin trafił Piątek trzynastego. Film, oczywiście, okazał się hitem sprzedażowym, zarabiając prawie 40 milionów dolarów w USA przy budżecie ledwo przekraczającym pół miliona. Krytycy nie podzielali zachwytów widowni, która tłumnie parła do kin. Śmiesznym jest fakt, że recenzja magazynu Variety, tego samego, który rok wcześniej ochoczo reklamował film Cunninghama, nazwała go „niskobudżetowym w najgorszym tego słowa znaczeniu”. No cóż, życie bywa dość przewrotne.
Sean Cunningham okazał się więc człowiekiem może nie tyle wielkiej wizji, co szczęścia w najczystszej postaci. W końcu cytując jego słowa z obszernego, sześciogodzinnego dokumentu Crystal Lake Memories z 2013 roku, stworzył on film „bardzo prosty”. Patrząc na jego wypowiedzi odnośnie Piątku trzynastego, nie sposób nie odnieść wrażenia, że jest to człowiek niemogący uwierzyć w swoje własne szczęście. No cóż panie Cunningham, udało się, nie ma co tutaj nawet próbować podważać tego sukcesu.

I rzeczywiście, nie ma co ukrywać, historia opowiedziana w pierwszym Piątku trzynastego jest bardzo prosta. Mamy grupę młodych pracowników obozu letniego dla dzieciaków usytuowanych nad malowniczym Crystal Lake gdzieś pośród zielonych lasów New Jersey. Przybywają na miejsce swojej wakacyjnej pracy dzień przed tytułową datą, aby dopiąć wszystko na ostatni guzik. Oczywiście miejsce, w którym znajduje się kompleks wypoczynkowy, owiane jest złą sławą. W otwierającej scenie widzimy w końcu, jak przed laty dwójka zabawiających się opiekunów zostaje brutalnie zamordowana w jednym z drewnianych domków.
Praktycznie do samego końca to, kto zabija pechową młodzież, zostaje tajemnicą. Oczywiście wzorem klasycznych opowieści z dreszczykiem rzucane są nam pewne tropy i podejrzenia, jednak wszystko to tylko mętne wskazówki, które finalnie nie prowadzą nigdzie. UWAGA, SPOILERY. Za całą serią tych brutalnych morderstw stoi… seniorka, poczciwa z buzi Pamela Voorhees grana przez amerykańską aktorkę Betsy Palmer. Motyw? Niedopatrzenie ze strony opiekunów obozu, w wyniku którego w odmętach jeziora stracił życie jej intelektualnie wycofany i widocznie zdeformowany syn Jason. Tak, ten Jason, który z każdą kolejną częścią stawał się prawdziwą ikoną całego nurtu.
Młodzi ludzie (w tym sam Kevin Bacon) pełnią funkcję czysto narracyjną, kręcąc się po obozie w strojach kąpielowych lub bieliźnie, do momentu, aż nie zostaną zamordowani w jakiś widowiskowy sposób. Wzorem innych slasherów jest tutaj też miejsce na postać final girl, która jako jedyna okazuje się mieć umiejętności manualne i bogatsze życie wewnętrzne. Alice (Adrienne King), bo tak ma na imię nasza bohaterka, jest całkiem przyzwoita w swojej roli, będąc zdecydowanie tą jedną dziewczyną, której chcemy kibicować. I tutaj wybiegnę trochę w przyszłość, ale naprawdę szkoda, że twórcy tak szybko uśmiercili ją w sequelu, bo mogła rozwinąć się z niej zdecydowanie ciekawa postać.
Jednak prawdziwą ikoną filmu zostaje Betsy Palmer. Pamiętajmy, że to pierwszy film, w którym postać Jasona, choć pojawia się w kultowym finale, nie wiadomo nawet, czy jest fizycznie obecna. Dlatego też tą osobą, którą dzierży maczetę, jest jego matka. Oczywiście wymagane jest spore zawieszenie niewiary, bo w końcu jak rachitycznej budowy staruszka może z łatwością pozbawić życia całą grupę młodych, sprawnych ludzi. Przez większość filmu widzimy jednak świat oczami mordercy, jego niosące śmierć dłonie i słyszymy maniakalne głosy w głowie, które stanowią przerażającą formułkę wypowiadaną przez zmodulowany głos dziecka. Słynne Ch Ch Ch Ha Ha Ha or Ki Ki Ki Ma Ma Ma ma w głowie wypalone już chyba każdy miłośnik horroru.
Piątek trzynastego jest filmem dość wątłym fabularnie, ale to już powtarzam któryś raz. Jego największa siła, jak na slasher przystało, tkwi oczywiście w tych wszystkich scenach śmierci, które przeszły już do kanonu filmowej makabry. Przebicie na wylot gardła Kevina Bacona czy cios siekierą prosto w środek głowy jego dziewczyny do dziś wyglądają imponująco, a kiedy spojrzymy za kulisy ich powstawania, respekt tylko rośnie. Oczywiście jest to zasługa prawdziwego arcymaga praktycznych efektów gore, Toma Saviniego. Znany z prac nad kultowymi filmami o zombie George’a Romero, Savini swoim kunsztem wzniósł dzieło Cunninghama daleko ponad pułap, do którego aspirowały inne filmy nurtu.
Jego rękę czuć nie tylko w tych wszystkich cięciach, kłuciach i przebiciach ludzkiego ciała, ale również we wspomnianej scenie z wyłaniającym się z wody, małym Jasonem. Uwielbiam tę scenę, za każdym razem, gdy oglądam film, a widziałem go już dobre kilkanaście razy, czuję dreszcz ekscytacji na plecach, widząc spokojną Alice dryfującą gdzieś po tafli porannego jeziora. Jest to obrazek idylliczny, który nagle zostaje przerwany przez wyskakującą znienacka, wykrzywioną w dziwnym grymasie i zdeformowaną postać Jasona. Czy był on prawdziwy? Czy to tylko wytwór poturbowanej psychiki dziewczyny, która dosłownie kilka godzin wcześniej dokonała dekapitacji jego matki. Oczywiście kolejne filmy odpowiedzą na to pytanie.
Na przestrzeni lat widziałem i słyszałem wiele narzekań, że film jest nudny i zbyt prosty w porównaniu do swoich sequeli. Zdecydowanie zawiera on mniej nagości, mniej gore i wypełnia on więcej czasu między sekwencjami śmierci jakimiś niezbyt ekscytującymi obrazkami z życia młodych ludzi. Dodam tylko, że jest to chyba najnudniejsza młodzież, jaka kiedykolwiek pojawiła się w horrorze! Grają w chińczyka, pływają w strojach kąpielowych, a po wypiciu dwóch piwek udają się grzecznie do spania. Eh, rzeczywiście nuda. Na szczęście te wspomniane sequele, już z Piątkiem trzynastego II (1982), wyreżyserowana przez protegowanego Cunninghama, Steve’a Minera, z nawiązką rekompensuje te wszystkie „grzechy” oryginału. Ja jednak lubię to, jak bardzo różny jest pierwszy film od swoich kontynuacji, będąc bliższy współczesnym slow burnerom, niż slasherom z lat 80. w postaci, w jakiej chcemy je pamiętać.
Nie jestem obiektywny, bo dla mnie pierwszy Piątek trzynastego pozostaje filmem wyjątkowym. Tym, który wprowadził mnie do całego nurtu obozowych slasherów, stając się niejako perfekcyjną matrycą, to której porównywałem sobie inne tytuły. I choć obiektywnie takie Podpalenie (1981) wypada lepiej jako slasher, warto mieć świadomość, że wiele z tych filmów prawdopodobnie nigdy by nie powstało, gdyby nie ten skok na kasę w wykonaniu Cunninghama. Zdecydowanie kamień milowy, który inspiruje po dziś. Szkoda, że twórcy jednak bardziej czerpią z jego efekciarskich sequeli, zamiast cofnąć się do nieco bardziej ugruntowanych historii.
Źródła:
1). Friday the 13th: What Really Happened, John Adam Gosham/
2). 13 Fridays: Friday the 13th (1980), Evan Dossey/
3). Friday The 13th: 13 Behind-The-Scenes Facts About The Original Horror Movie Classic, Jason Wiese/
4). Friday the 13th (1980) Created the Blueprint for Effortless Calendar-Based Marketing, Jeremy Burgess.
Oryginalny tytuł: Friday the 13th
Produkcja: USA, 1980
Dystrybucja w Polsce: megogo.net

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
