Bunnyman (2011)

Nie ma lepszego sposobu dla fana slasherów na świętowanie Wielkanocy niż oglądanie taniego horroru z mordercą przebranym w uszaty strój królika. Co prawda w tym przypadku spalone słońcem i powodujące suchość w gardle ostępy Kalifornii nijak się mają do naszego, przeważnie deszczowego czy nawet śnieżnego kwietnia, ale w końcu sięgamy po filmy właśnie dlatego, żeby oderwać się od naszej szarej rzeczywistości.

Bo opisywany tutaj Bunnyman z 2011 roku jest slasherem bardzo mocno czerpiącym z całego dziedzictwa Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, zwłaszcza jej pierwszej i, co ciekawe, czwartej części. Oczywiście nie ma tutaj praktycznie nic z tego, co czyniło wielkim film Hoopera, ale czy ten zapomniany już przez wszystkich tytuł jest dziś w stanie jeszcze kogoś usatysfakcjonować? Zwłaszcza w ramach maratonu Wielkanocnego?

Od razu muszę powiedzieć, że Bunnyman jest filmem tanim, powiedziałbym nawet tandetnym i niemiłosiernie głupim. Nie jest to od razu wada, bo przecież w półświatku kina szeroko pojmowanej eksploatacji, może to być uznawane nawet za komplement. I widać wielu podłapało niskie ambicje reżysera i scenarzysty Carla Lindbergha, bo aktualnie film o mordercy w stroju królika doczekał się dwóch sequeli i wersji „reżyserskiej” oryginału.

Fabuła jest prosta. Ekipa młodych ludzi pod wodzą Johna i Rachel (Matthew Albrecht i Cheryl Texiera) właśnie przemierza malownicze lasy Kalifornii, kiedy na ich drodze staje złowrogi kierowca starej ciężarówki w kostiumie króliczka (w tej roli reżyser Carl Lindbergh). Zamaskowany psychol ewidentnie morduje każdego, kto stanie na jego drodze. Konfrontując się z uszatym, nasi bohaterowie spotykają innych mieszkańców lasu, którzy wydają się równie pierdolnięci.

Nie będę kłamał, otwarcie filmu, stylizowane na stare nagrania z taśmy 16 mm i późniejsze ukazanie tego, co nasz królik robi z jakąś przypadkową dziewczyną, jest klimatyczne. Bunnyman zapowiada się dość szorstko, nawiązując stylistyką do grindhouse’u lat 70., ze wspomnianą Teksańską masakrą… na czele. W sumie łącznikiem tych dwóch tytułów, prócz faktu, że jeden jest w zasadzie plagiatem drugiego, jest również to, że oba dzieją się w pełnym słońcu i starają się wykorzystać to jako naturalnego wroga naszych bohaterów.

Jednak patrząc na dzieło Lindbergha całościowo, to po prostu kolejny, tani slasher. Zrodzony może i z miłości do gatunku, realizacyjnie nie aż tak tandetny, ale jednak mającym na prowadzeniu większość wad tego typu kina. Nasi bohaterowie, a szczególnie bohaterki, grają z manierą przeciętnej klasy aktorek porno. W ogóle cały, moim zdaniem zbyt przeciągnięty początek, wygląda jak wstęp do filmu pornograficznego. Ale mimo widoku spoconych, ponętnych kobiecych ciał i tandetnych dialogów, tytuł ten traktuje się w bardzo poważny, pruderyjny sposób.

Tutaj pojawia się mój największy zarzut względem filmu. Jest zwyczajnie nudny. Morderstwa, choć całkiem krwawe, nie są ani kreatywne, ani tak częste, jak się spodziewałem. Przecież grając kartą mordercy w totalnie niepraktycznym, kuriozalnym stroju królika biegającego po lesie z piłą mechaniczną, aż kusi wcisnąć w to całą masę humoru. Zresztą cały panteon dziwaków zebranych wokół uszatego psychopaty również wygląda niczym wyrwany z komiksu, choć nikt nigdy nie ciągnie tego dalej, niż granie na znanych kliszach.

Szczerze nie wiem, czy ktoś, prócz fanatycznych entuzjastów tanich, obskurnych slasherów, może znaleźć tutaj coś dla siebie. Facet w stroju królika mordujący atrakcyjne laski w lesie to super pomysł, wykonanie też nie jest najgorsze, ale zabrakło tutaj najważniejszego elementu składającego się na filmowy slasher – rozrywki.

Oryginalny tytuł: Bunnyman

Produkcja: USA, 2011

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *