Victims! (1985)

Mające swoją premierę w 1985 roku Victims! Jeffa Hathcocka zaczyna się obiecująco, bo od serii szybkich morderstw na młodych kobietach – w tym jednym całkiem udanie imitującego słynną scenę z siekierą z pierwszego Piątku trzynastego (1980) – dokonywanych przez faceta kryjącego się za przebraniem… staruszki.

Nie jest to jednak największe zagrożenie, jakie oferuje film, bo dość szybko i w rytm tandetnej muzyczki elektro rodem z niskobudżetowych telezakupów dowiadujemy się, że nasz seryjny morderca wcale nie działa sam, o czym szybko przekonuje się młoda parka, uprawiająca beztroskie dolce vita w trawie pośrodku jakiegoś pustkowia.

Oczywiście jest to tylko wstęp do całej historii, bo ta kręci się w główniej mierze wokół czwórki młodych kobiet, które wybierają się na kemping. I tu wchodzimy na ciekawe rejony, bo Hathcock w swej perwersji nie tylko ofiaruje swoje bohaterki na ołtarzu nurtu, jakim jest slasher, ale bardziej perwersyjnie zmusza je do bycia ofiarami gwałtu. Warto również zaznaczyć, że za scenariusz filmu odpowiada niejaki Jesús Franco, postać na swój sposób kultowa wśród wszystkich fanów przemoc owej obskury.

I od razu powiem Wam, że Victims! ogląda się źle właśnie dlatego, że mimo otwierającej film sekwencji nadającej całości bardzo pastiszowy ton, dość szybko nasze oczy i uszy atakowane są scenami seksualnej przemocy. Ta nie jest co prawda jakaś bardzo „wyszukana”, ale jakość zdartej taśmy, nieustanny szum w tle przerywany pojękiwaniem skrępowanej ofiary i widok gościa kopulującego z właśnie sprowadzoną do poziomu zabawki kobietą, niepokoi.

Zobacz cały film tutaj:

Dlatego też filmowi bliżej do obskurnej eksploatacji, żerującej na naszych najbardziej prymitywnych instynktach, niż czystej krwi slashera o ludziach, którzy w dziczy zmuszeni są stawić czoła zagrożeniu ze strony mordercy. Mimowolnie przesuwam wzrokiem w stronę lubianego przeze mnie, choć oczywiście wciąż będącego na kinematograficznej bocznicy blisko wysypiska śmieci Lasu z 1982 roku. Tutaj po prostu ktoś chciał, aby było jeszcze bardziej kontrowersyjnie, taniej i w efekcie głośniej. No cóż, patrząc na to, że film ten dziś praktycznie nie istnieje w świadomości nawet bardziej wkręconych fanów gatunku, chyba się nie udało.

Wciąż jest to jednak nie lada ramotka dla wszystkich fanów takich właśnie zapomnianych przez Boga i ludzi śmieci, które stanowią jakiś relikt epoki, w której kamera nie była już tylko dobrem zarezerwowanym dla wielkich wytwórni filmowych. Ah, Ameryka, wielki kraj wspaniałych, wolnych ludzi, którzy po prostu mogli poprosić modelki z castingu, kumpli i jakiś piątoligowych aktorów, żeby zagrali w ich filmie.

Bawi mnie jednak sposób, w jaki film stara się zgrywać na swój sposób feministyczny manifest, jednocześnie sytuując swoje bohaterki jedynie jako ofiary gwałtów i zabójstw, które pod spoconymi cielskami swoich oprawców są całkowicie bezbronne. No okej, zanim jednak do tego dojdzie, mamy ukazaną całą ich drogę przez pocięte autostradami Południe, podczas której wchodzą w różne, często quasi erotyczne interakcje z przypadkowo spotkanymi facetami. Klasyka.

Z trudem ogląda się dziś tego typu rzeczy bez znajomości odpowiedniego kontekstu. Powiedziałbym nawet, że w tamtych czasach czerpanie przyjemności z widoku dwóch kobiet zmuszonych pod bronią do wzajemnych, oralnych pieszczot, widocznie intencjonalnie ze strony reżysera, stanowiło punkt do niepokoju i zastanowienia się nad własnymi pragnieniami. Z drugiej strony, prócz tej nieprzyjemnej dla oka, frustrującej „erotyki” – z braku lepszego słowa – Victims! nie oferuje nic, czego nie ma inny wyciągnięty z dna śmietnika przedstawiciel tego nurtu.

Oryginalny tytuł: Victims!

Produkcja: USA, 1985

Dystrybucja w Polsce: BRAK

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *