
Druga część filmowego Parku Jurajskiego stanowi moją ulubioną, choć niekoniecznie najlepszą, część serii. Mający swoją premierę w 1997 roku, cztery lata po legendarnym oryginale, Zaginiony świat dał mi to, czego moje chłopięce serce pragnęło najbardziej – oglądanie dinozaurów w ich naturalnym środowisku! Zwłaszcza że zamiast tropikalnej dżungli Spielberg postawił na starożytne lasy wielkich, iglastych sekwoi, środowiska bardzo zbliżonego do tego, po jakim poruszały się prawdziwe dinozaury.
Sięgając po książkę Michaela Crichtona, mając w sobie jeszcze entuzjazm po lekturze pierwszej, wybitnej części, nie kryłem ekscytacji. Po drugie jakimiś kanałami dochodziły do mnie informacje, że literacki pierwowzór opowiada zupełnie inną historię, niż to, co Spielberg przedstawił nam w filmie. W końcu mogłem spojrzeć na opowieść o Isla Sorna z zupełnie innej perspektywy i w końcu dopełnić jej doświadczenie.
Już teraz powiem, że książka Crichtona jest nie tylko o wiele gorsza niż część pierwsza, ale również w mojej optyce wypada mniej ciekawie, niż jej filmowa interpretacja. Nie znaczy to oczywiście, że czytało mi się ją źle, czy wręcz zmuszałem się do jej „konsumpcji”. To wciąż momentami ekscytująca przygoda z obowiązkowymi dinozaurami zjadającymi ludźmi, barwnymi opisami zwyczajów wielkich gadów i jakże przyziemną intrygą zakręconą wokół zbicia kapitału przez wielkie korporacje.
Akcja Zaginionego świata jest bezpośrednią kontynuacją Parku Jurajskiego i rozgrywa się sześć lat po wydarzeniach z pierwszej części. Dr Ian Malcolm, który niby zginął w poprzedniej książce, ale został dość lakonicznie przywrócony do życia, udaje się na tajemniczą wyspę Isla Sorna, nazywaną także stanowiskiem B, aby uratować swojego irytującego kolegę Richarda Levine’a. Wyspa oczywiście stanowi tytułowy świat zaginiony, w którym prehistoryczne gady funkcjonują (prawie) jak przed milionami laty.

Nie będę jakoś mocniej rozwodził się nad fabułą, bo nie jest ona po pierwsze jakaś bardzo ekscytująca, postacie nie mają w sobie energii i charakteru bohaterów pierwszej części, a największą, dla mnie, przyjemnością było zestawianie jej z filmem w celu doszukiwania się różnic. Szukać specjalnie nie trzeba, bo Spielberg zrobił moim zdaniem lepszą robotę, ubogacając całą historię o epickie momenty na miarę króla kina, jakim jest. W końcu sekwencja z przetransportowaniem tyranozaura do San Diego, której w książce nie ma, to jeden z najbardziej pamiętnych momentów w historii popkultury!
Takich momentów zdecydowanie brakuje w książce, której cała akcja rozgrywa się na wyspie. Okej, zanim w ogóle się na nią dostaniemy, czeka nas bardzo długi, nudny rozbieg, na który nie byłem przygotowany, czytając poprzednie dzieło Crichtona. A na wyspie dzieje się niby dużo, ale bez tej wspomnianej energii, która pchała film. Choćby sekwencja z przyczepami zawieszonymi nad przepaścią, która na ekranie trzymała za gardło z mocą brontozaura, tutaj jest… bo jest. Tak samo antagoniści, którzy w filmie naprawdę stanowili realne zagrożenie dla naszych bohaterów, tutaj są jakimiś żałosnymi przegrywami.
Jedno jednak muszę autorowi przyznać. Posiadał on jakąś wrodzoną łatwość w opisywaniu dinozaurów jako istot z pogranicza horroru i świata natury. Każda z prehistorycznych bestii ma tutaj swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym, swoją biologiczną niszę, terytorium i zwyczaje, które przejawia. Wciąż jednak drapieżne gady mają w sobie coś obcego, piekielnego i nienaturalnego. Coś, co przypomina nam skutecznie, że nie są to w końcu prawdziwe, ewolucyjnie zgodnie dinozaury, ale ich kopie, fantomy sklecone wedle ludzkich wyobrażeń. Każde nadejście pary tyranozaurów przyprawiało mnie o ciarki…
Warto przeczytać Zaginiony świat choćby dlatego, by dopełnić sobie obraz Parku Jurajskiego jako dzieła multimedialnego. W końcu gdzieś pomiędzy tymi wyjątkowo nudnymi, czasami banalnymi tyradami o filozofii egzystencjalnej, których książka ta jest pełna, można wyłuskać przygodę w starym, dobrym stylu. Z czasów, kiedy jeszcze białe plamy na mapach poruszały wyobraźnie. I choć po horrorowym rodowodzie oryginału nie ma tutaj ani śladu, czego najlepszym przykładem jest zupełnie niewykorzystana scena z karnotaurami, jako takie lekkie czytadło na wakacje czy działkę nadaje się idealnie. Szkoda, bo liczyłem jednak na coś, co zostanie ze mną już zawsze. Idę po raz setny oglądać film Spielberga!
Wydawnictwo: vesper.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
