
Chyba każdy urodzony do końcówki ubiegłego wieku dorastał z jakąś inkarnacją fantastycznych przygód Aladyna i jego magicznej lampy. W sumie dla wielu Polaków Księga tysiąca i jednej nocy była pierwszym i ostatnim, nie licząc kebaba, spotkaniem z kulturą arabską. I pewnie mnie, prawie 40-letniego chłopa, nie powinny już dziś interesować bajki kierowane do najmłodszego odbiorcy. Nie powinny, choć są wyjątki.
Właśnie takim rarytasem jest dla mnie Cudowna lampa Aladyna z 1961 roku i za tym fenomenem stoi jedno nazwisko – Mario Bava. Wizjoner, niekwestionowany mistrz włoskiego kina grozy i człowiek, który wymyślił autorską estetykę inspirującą po dziś dzień, miał swój epizod intensywnej pracy nad tak zwanym nurtem „miecza i sandałów”, inaczej peplum. I opisywane tutaj przygody Aladyna z tego peplum czerpią oczywiście pełnymi garściami, jednak same w sobie są wyjątkowe. Na tyle wyjątkowe, że próżno szukać takiej interpretacji arabskiej baśni gdzieś indziej.
Oczywiście trzeba sobie od razu powiedzieć, że nie jest to film Mario Bavy. Jednak jak to w przypadku włoskiego kina tamtych lat bywa, a przypominam tylko, że to wszystko było zespołem towarzyskich naczyń połączonych, ciężko znaleźć konkretne funkcje, jakie Bava pełnił na planie zdjęciowym. Wszystkie źródła mówią, że był on drugim reżyserem, choć patrząc na film dziś, widzę, jak wiele nadał on produkcji własnego charakteru.
Historia różni się drastycznie od swojego literackiego pierwowzoru, choć imię Aladyna i pomysł na spełniającego życzenia Dżina uwięzionego w lampie jest niezmienny. W tej wersji owdowiała matka Aladdina (Adriana Facchetti) kupuje swojemu synowi (Donald O’Connor) lampę, aby ten mógł świecić sobie w nocy, dowodząc statusu swojego bogactwa. Wiem, nie pytajcie, to włoska adaptacja arabskiej baśni z międzynarodową obsadą.
Jednak fabuła to tylko ciąg mniej lub bardziej połączonych epizodów, mających na celu ukazywanie maksymalnej ilości kobiecego ciała i naprawdę pomysłowych efektów specjalnych. Aladyn przeżywa jedną przygodę po drugiej, a towarzyszą mu piękna Djalma (Nöelle Adam) i będący comic relief Omar (Milton Reid). Kto by się spodziewał, że przykładowo na środku nasi bohaterowie spotkają Amazonki? A co jeśli dodam, że wyglądają one jak hostessy z jakiegoś kasyna w Vegas i lubują się w perwersyjnych torturach? W ogóle sekwencja znęcania się nad Djalmą wygląda jak coś, co spokojnie mogłoby trafić do jednego z gotyckich horrorów Bavy…
To wszystko jest oczywiście głupie, choć często naprawdę zabawne, a stereotypy dotyczące Orientu aż kipią z ekranu, czyniąc w zasadzie film nieoglądalnym dla współczesnych widzów. Infantylizuje się tutaj niewolnictwo czy wspomniane tortury, a kobiety sprowadzane są najczęściej do roli ozdoby lub seksualnego wyzwalacza. Oczywiście naszą percepcję zmienił popularniejszy, animowany Aladyn, który wyszedł na ekrany 31 lat później, choć czy on był do końca taki grzeczny, jak Disney przystało?
Nie mogę jednak nie zahaczyć o efekty specjalne, za które wedle dostępnych informacji, również odpowiada Mario Bava. Patrząc na rok produkcji i zapewne budżet dalece odbiegający od nawet ówczesnych hitów z Hollywood, imponujące jest patrzenie, jak za pomocą perspektywy czy odpowiednich ujęć kamery dostajemy naprawdę wiarygodny efekt „powiększenia” postaci. Brawa panie Bava.
Cudowna lampa Aladyna to nie tylko ciekawy kąsek dla fanów twórczości Maestro Mario Bavy czy tych, którzy lubią grzebać w odmętach włoskiego kina gatunkowego. Ja poleciłbym film wszystkim tym milenialsom, którzy dorastali w kolorowym świecie Disney. Być może poczujecie, jak ja, przyjemne uderzenie nostalgii, a może po prostu zobaczycie, że kiedyś również można było przełożyć bajkę dla dzieci na język kierowany do starszego widza.
Oryginalny tytuł: Le Meraviglie di Aladino
Produkcja: Francja/USA/Włochy, 1961
Dystrybucja w Polsce: BRAK

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
