Było ostatnio zestawienie albumów polskich z lat 80., które szczególnie trafiły w moje gusta. Pomyślałem więc, że czemu, by nie pójść krok dalej i nie stworzyć podobnego rankingu, obejmującego wydawnictwa zagraniczne.
Ograniczają się one oczywiście do krajów anglojęzycznych, ponieważ jesteśmy zdominowani przez tę kulturę. Nie inaczej było w latach 80., przynajmniej z mojej perspektywy. Pamiętam dobrze nadal te wszystkie teledyski nadawane w naszej tv pomiędzy programami jako przerywniki. Myślę, że w dużej mierze ukształtowały one mój gust muzyczny, czego efektem jest owa lista.
10. The Human League – Dare (1981)
Kiedy Philip Oakey, wokalista zespołu The Human League, odkrył możliwości, jakie daje syntezator, powiedział ponoć „super, mogę teraz założyć grupę bez umiejętności grania na jakimś instrumencie„. Jest to oczywiście uproszczona wersja tej historii, lecz faktem pozostaje, że Human League byli pionierami użycia elektronicznych dźwięków w mainstreamie, przyczyniając się do powstania i rozwoju podgatunku zwanego synthpopem. Ich trzeci zaś album „Dare” stał się jednym z pierwszych nagranych całkowicie bez użycia instrumentów analogowych.
Płyta odniosła wielki sukces komercyjny, stając się początkiem dla nowego rodzaju grania i stylistyki. Największy hit z niej pochodzący to oczywiście Don’t You Want Me, ale praktycznie każdy numer zasługuje tutaj na uwagę. Moimi faworytami są na pewno Darkness oraz Seconds. Kompozycje prezentują mocno syntetyczne brzmienie, stając się wyznacznikiem dla tego, co czekało słuchaczy w późniejszych latach.
9. Michael Jackson – Thriller (1982)
W zestawieniu nie może zabraknąć kolejnej ikony dekady, jakim był król popu Michael Jackson. W 1982 wydał on legendarny już album Thriller, który oprócz kilku ponadczasowych przebojów zawiera sporo innych, mniej znanych perełek. Właściwie każda piosenka wpada w ucho, a płyta nie ma przestojów. Melodyjne kompozycje to znak przewodni wydawnictwa, a MJ później już nie osiągnął podobnego poziomu. Album Bad chociaż niezły był jakby zbyt nierówny. Thriller natomiast to opus magnum artysty obecnie kontrowersyjnego, który na płycie pokazał swoją najlepszą twarz i ogromny talent, aktywnie biorąc udział w tworzeniu każdego utworu.
8. The Smiths – Meat Is Murder (1985)
Z tego, co pamiętam, to The Smiths nie byli bardzo obecni w polskich mass mediach lat 80. Telewizja nie puszczała ich piosenek. Dlatego też tak naprawdę poznałem ich już jako osoba dorosła. Pierwszym albumem, na jaki trafiłem, był Meat Is Murder z 1985 roku. I do dzisiaj pozostaje on moim ulubionym dokonaniem zespołu. Muzyka oraz teksty The Smiths jakoś od razu do mnie trafiły. Być może było tak też ze względu na stan, w jakim się wówczas znajdowałem.
W każdym razie piosenki ze wspomnianej płyty nadal najbardziej do mnie przemawiają, będąc pewną formą spowiedzi człowieka nieprzystosowanego i pogrążonego w świecie własnych marzeń. Muzycznie zaś Meat Is Murder to bardzo melodyjne i chwytliwe motywy, które brzmią świeżo nawet dziś. Johnny Marr to cichy bohater grupy, w której jak się zdaje, cały splendor spada na autora tekstów Morrisseya.
7. Joy Division – Closer (1980)
Joy Division nie wydało z wiadomych względów dużo płyt, ale za to każdy ich album jakoś zapisał się w historii. Nie inaczej ma się sprawa z ostatnim w dyskografii krążkiem Closer. Jak wiadomo, wokalista grupy nie pociągnął długo po jego wydaniu, zatem jest on przez niektórych postrzegany jako swoisty list pożegnalny. Utwory tam zawarte na pewno nie należą do łatwych i przyjemnych. Są ciężkie w treści, opowiadając o trudach życia, samotności, alienacji i zawiedzionych nadziejach. Instrumenty brzmią minimalistycznie, a mrocznego klimatu dodaje beznamiętny z pozoru wokal Iana Curtisa. Jest to raczej krótkie, ale treściwe wydawnictwo, które stało się inspiracją dla wielu muzyków, jak i słuchaczy.
6. Brian Eno-David Byrne – My Life in the Bush of Ghosts (1981)
Szanuję Briana Eno i Davida Byrne’a. Nic zatem dziwnego, że owoc ich kolaboracji również zalicza się do moich faworytów. Chodzi tu o album My Life in the Bush of Ghosts z 1981 roku. Na nim to obaj muzycy połączyli siły, by stworzyć coś wyjątkowego i oryginalnego. Album postrzegać można przede wszystkim jako zabawę formą. Jako jeden wielki eksperyment dźwiękowy. Mamy tu do czynienia z wieloma wpływami i licznym wykorzystaniem różnych sampli oraz nagrań. Zostały one umiejętnie splecione w całość, tworząc coś nowego.
Dla mnie najbardziej wyrazistym numerem była zawsze Mea Culpa, która wprowadza słuchacza wręcz w transowy stan. Inne kompozycje są równie ciekawe i innowacyjne. Jest to swoiste dźwięków cięcie i gięcie. Obaj autorzy dali z siebie to, co najlepsze i najbardziej charakterystyczne dla swojej twórczości. Nad wszystkim unosi się jakiś trudny do uchwycenia i nazwania duch epoki, która jednocześnie jest technologiczna i obiecującą, ale też niesie ze sobą zagrożenia dla ludzkiej natury.
5. Prince and The Revolution – Purple Rain (1984)
Film Purpurowy deszcz z 1984 roku to taki jakby mój guilty pleasure. Podobnie ma się rzecz ze ścieżką dźwiękową do tej produkcji. Być może określenie to jest krzywdzące, ponieważ muzyka zawarta na tym albumie to przecież całkiem porządną dawką popu. Prince jest jednym z tych wykonawców, o których można powiedzieć, że stworzyli swój własny rodzaj muzyki, łącząc kilka różnych stylów. Oczywiście najbardziej znanym kawałkiem na płycie jest tytułowy Purple Rain, ale dla mnie każdy kawałek tam zawarty się broni i prezentuje odpowiednio wysokim poziom.
Materiał na krążku jest bardzo energetyczny i wpada od razu w ucho. Prince’a z powodzeniem wspiera tu zespół The Revolution z moją ulubienicą Wendy Melvoin. Jego członkowie prezentują wysoki poziom techniczny, ale prym wiedzie tu oczywiście sam Prince, który co raz raczy nas efektownymi solówkami. Album bardzo w stylu dekady, który nadal może budzić emocje.
4. Kate Bush – The Dreaming (1982)
Na liście nie mogło zabraknąć prawdziwej liderki, jeśli idzie o wokalistki z lat 80., ale nie tylko, czyli Kate Bush. Dekada ta to był dla niej złoty okres naznaczony uznaniem krytyki, ale także popularnymi hitami. Można powiedzieć, że wychowałem się na takich piosenkach jak Cloudbusting i teledyskach do nich. Mój wybór pada jednak na wcześniejsze wydanie, a mianowicie The Dreaming z 1982 roku. Jest to zupełnie niesamowita płyta pełna intrygujących kompozycji, z których każdy jest jakaś. Jest to być może wydawnictwo trudniejsze w odbiorze niż chociażby Hounds of Love, ale do mnie jakoś bardziej przemawia. Jest mniej jednoznaczna, momentami nawet mroczna i pełna nieoczywistych aranżacji. Moim faworytem jest tutaj tytułowa kompozycja wsparta przez całkowicie niepokojących wizualnie teledysk.
3. Soft Cell – Non-Stop Erotic Cabaret (1981)
Przez lata kojarzyłem duet Soft Cell z jednego hitu Tainted Love. Dopiero później przekonałem się, że mają dużo więcej fajnych piosenek. I nawet fajniejszych. Najwięcej ich chyba znajduje się na debiutanckim albumie z 1981 roku Non-Stop Erotic Cabaret. Tytuł oraz dominująca na nim muzyka raczą sugerować treść lekkie. Jest to w moim mniemaniu jedna z lepszych płyt tanecznych. Nich ta otoczka nas jednak nie zwiedzie.
Treści bowiem zawarte w tekstach Soft Cell są całkiem poważne, a czasem wręcz dramatyczne. Bohaterami ich są ludzie wykolejeni, złamani przez życie, pełni wad i złych nałogów i dewiacji, którzy wirują gdzieś w kierunku autodestrukcji. To połączenie chwytliwych rytmów z tematami dotyczącymi kondycji ludzkiego ducha tworzy niezapomniane wrażenie podczas słuchania. A wszystko to w towarzystwie pstrokatej neonowej stylistyki, która idealnie pasuje do ciemnych zakamarków brudnego miasta i obślizgłych motywów.
2. The Cure – Pornography (1982)
Myślę, że można mnie określić jako miłośnika twórczości The Cure, chociaż szczerze to moje prawdziwe uwielbienie dla tej kapeli zatrzymało się dość wcześnie, a mianowicie w 1982, kiedy to światło dzienne ujrzał krążek Pornography. Jego zawartość poznałem głównie dzięki radiu, w którym to puszczano wybrane kawałki, a ja je ochoczo nagrywałem na kasetę, by później z ekstazą oddawać się słuchaniu. Prym wiodły takie kompozycje jak A Short Term Effect czy A Strange Day.
Ponieważ znajdowałem się wówczas w specyficznym stanie umysłowym, mroczna otoczka, jakie piosenki te roztaczały, stanowiła idealny podkład dla egzystencjalnych rozterek. Owe wieczorne odsłuchy na zawsze pozostaną w mej pamięci. Obecnie słucham Pornography okazjonalnie, lecz nadal mnie inspiruje i jestem pod wrażeniem chłodu bijącego z tego wydania, którego motorem napędowym były teksty oraz miarowe dźwięki wybijane przez perkusję.
1. Talking Heads – Remain in Light (1980)
Talking Heads zaliczają się do jednych z moich ulubionych wykonawców. I dla mnie ich szczytowym osiągnięciem jest bez wątpienia album Remain in Light z 1980 roku. Wiele o nim pozytywnego powiedziano i napisano. Ja mogę ze swej strony dodać, że słuchanie go sprawia mi zwyczajnie frajdę. Piosenki są pełne wigoru, a energię tę słychać od samego początku. Na koniec zaś płyta zwalnia tempo i staje się wręcz refleksyjna, zabierając nas w międzygalaktyczną podróż. Każdy z utworów czymś się wyróżnia, oferując oryginalne pomysły i inspiracje muzyczne. Co ważne nie ma tu piosenek o miłości i innych głupotach, a raczej o rzeczach z pozoru powszednich, z którymi każdy może się identyfikować.

