Niezwyciężony – sezon 4 (2026)

Nie znam komiksowego oryginału Roberta Kirkmana, jednak oglądając serialową adaptację przygód Niezwyciężonego, powiedzieć mogę, z całą odpowiedzialnością, że to najlepsza opowieść superbohaterska, jaką dała nam kultura popularna w ogóle. Tak, wiem, powtarzam się. Ale co mam począć, skoro na poziomie czwartego już sezonu poprzeczka idzie tylko w górę, a ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że obcuję z jakimś trykociarskim absolutem.

Absolutem, który potrafi w swej nieskończonej dobroci zawrzeć zarówno esencję kina superhero, czyli epickie, toczone o wielką stawkę i efekciarskie pojedynki – na małą i kosmiczną skalę – oraz to, co nam, szarym i malutkim, jest tak bliskie – zwyczajne ludzkie troski, problemy i radości. Znowu się powtarzam, ale to jedyny chyba serial, który z serii na serię tylko podkręca to, co w nim najlepsze. A nie muszę chyba dodawać, że to perfekcyjnie pracująca maszyna złożona z małych, dopasowanych trybików.

W następstwie wymagającego starcia z Podbojem (któremu głosu użyczył Jeffrey Dean Morgan) w finale trzeciego sezonu, najnowsza seria nie pozwala swoim postaciom, ani publiczności, złapania trochę czasu na wzięcie oddechu. Z wieloma bohaterami wykluczonymi ze swojej pracy lub po prostu pozbawionymi życia za plecami, Mark Grayson (Steven Yeun) dźwiga ciężar odpowiedzialności, nie tylko jako superbohater stojący na straży Ziemi, ale również członek rodziny.

Przemoc, którą widział i której bezpośrednio użył pod koniec poprzedniego sezonu, mocno ciąży na jego umyśle, wpływając nie tylko na superbohaterskie obowiązki, ale także na życie osobiste, szczególnie cierpi jego związek z Eve (Gillian Jacobs) i młodszym bratem Oliverem (Christian Convery). Napięcie sięga zenitu, gdy Mark, próbując chronić Olivera przed okropnościami, z którymi sam dorastał, napotyka kosmicznych nazistów, Wiltrumitów.

Jednym z najważniejszych momentów w historii serialu, który prezentuje nam sezon czwarty, jest wprowadzenie na planszę Thragga, bezwzględnego przywódcy Wiltrumitów. Jego przybycie reprezentuje coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż wszystko, z czym wcześniej mieli do czynienia nasi superbohaterowie. Jest on chodzącym uosobieniem ideologii tych kosmicznych nazistów, ich życiem w przekonaniu o własnej dominacji każdej żywej istoty i uwielbieniu do krwawych podbojów. To człowiek (?) wyrosły w kulcie przemocy, dla którego jednym sposobem na odrodzenie własnego gatunku jest poprzednie oczyszczenie go ze słabych jednostek.

Oczywiście pełnie jego mocy poznamy dopiero w kolejnym sezonie, ale już mamy solidną podbudowę, że będzie grubo. Tempo tego sezonu jest dobrze przemyślane i starannie rozpisane, więc apetyt na kolejny rośnie, a my nie wychodzimy z pustym brzuchem. Zamiast budować się w kierunku jednego ważnego momentu, każdy odcinek podnosi stawkę na swoich zasadach. Postacie podróżują do nowych miejsc, napotykają nowe zagrożenia i odkrywają tajemnice dotyczące wszechświata, które wcześniej były przed nimi i nami ukryte.

Właśnie takim momentem jest odcinek, w którym Mark trafia do samych czeluści Piekła, gdzie w rytm Raining Blood Slayer’a pomaga demonicznemu detektywowi Darkbloodowi w walce z istotami wyrwanymi rodem z serii gier Doom. Dużo czytałem narzekań na ten epizod, ale w końcu nie tylko stanowi on potrzebną odskocznię od głównego wątku i kompetentną rozrywkę, ale przede wszystkim buduje nam ten świat w kierunku, jakiego się w życiu nie spodziewałem. Kreatywność to jednak wspaniała cecha.

Jednakowo boję się o to, co czeka Marka oraz resztę ekipy w przyszłości i nie mogę się doczekać, by zobaczyć, jak to wszystko się zakończy. A finał sezonu był prawdziwym strzałem w pysk, udowadniającym, że największą siłę mają nie pięści i lasery z oczy, a stawiające pod mur słowa. W końcu wojna ma to do siebie, że żadna strona nie jest wygraną.

Oryginalny tytuł: Invincible

Produkcja: USA, 2026

Dystrybucja w Polsce: primevideo.com

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *