
Zawsze byłem zdania, że najlepsze kino wcale nie potrzebuje logistyki, know-how i przede wszystkim budżetów wielkich wytwórni. Wystarczy tylko ta nadprzyrodzona (jak uważam) umiejętność opowiadania o ludzkich emocjach, osadzając je w duchu czasów, na które się zdecydowaliśmy. I tyle. To takie proste, a zarazem nieosiągalne dla wielu, nawet tych cenionych powszechnie, twórców.
Zwłaszcza kiedy mówimy o tkance tak delikatnej, jaką jest kino grozy. Gatunek mający tak bogatą i długą tradycję oczywiście podatny jest popadanie w banał oraz kręcenie się w kółko po tych samych schematach. Dlatego tym większe uznanie należą się twórcom, którzy w obrębie właśnie horroru potrafią ugryźć temat w sposób świeży i zaskakujący, dający do myślenia oraz rezonujący z osobistym doświadczeniem widza.
Dennis Cooper i Zac Farley mieli już na koncie dwa wspólne, niezależne filmy. Nie widziałem ich jednak i ze wstydem (teraz) przyznaję, że pierwszym dziełem tej dwójki, na jaki trafiłem, jest opisywany tutaj właśnie Room Temperature z 2025 roku. I po tym jakże patetycznym wstępie pewnie już wiecie, jakie są moje odczucia względem tego dzieła, ale by zamknąć jakoś ten akapit, dodam tylko, że mam ochotę nadrobić resztę ich tytułów.
Jest to obraz dogłębnie rodzinny, choć nie znamy za bardzo kontekstu. Rozumiemy, że dwoje dzieciaków – nastoletni chłopiec (Charlie Nelson Jacobs) i mała dziewczynka (Virginia Adams) – chodzą do szkoły. Mimo to obecność w domu tajemniczego, francuskiego nastolatka o imieniu Extra, granego przez Ange Dargent, pozostaje niejasna. Tata (John Williams) jest głową rodziny oraz kreatywnym CEO zarządzającym przebudową domu w okazjonalny dom strachów.

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
