Room Temperature (2025)

Zawsze byłem zdania, że najlepsze kino wcale nie potrzebuje logistyki, know-how i przede wszystkim budżetów wielkich wytwórni. Wystarczy tylko ta nadprzyrodzona (jak uważam) umiejętność opowiadania o ludzkich emocjach, osadzając je w duchu czasów, na które się zdecydowaliśmy. I tyle. To takie proste, a zarazem nieosiągalne dla wielu, nawet tych cenionych powszechnie, twórców.

Zwłaszcza kiedy mówimy o tkance tak delikatnej, jaką jest kino grozy. Gatunek mający tak bogatą i długą tradycję oczywiście podatny jest popadanie w banał oraz kręcenie się w kółko po tych samych schematach. Dlatego tym większe uznanie należą się twórcom, którzy w obrębie właśnie horroru potrafią ugryźć temat w sposób świeży i zaskakujący, dający do myślenia oraz rezonujący z osobistym doświadczeniem widza.

Dennis Cooper i Zac Farley mieli już na koncie dwa wspólne, niezależne filmy. Nie widziałem ich jednak i ze wstydem (teraz) przyznaję, że pierwszym dziełem tej dwójki, na jaki trafiłem, jest opisywany tutaj właśnie Room Temperature z 2025 roku. I po tym jakże patetycznym wstępie pewnie już wiecie, jakie są moje odczucia względem tego dzieła, ale by zamknąć jakoś ten akapit, dodam tylko, że mam ochotę nadrobić resztę ich tytułów.

Jest to obraz dogłębnie rodzinny, choć nie znamy za bardzo kontekstu. Rozumiemy, że dwoje dzieciaków – nastoletni chłopiec (Charlie Nelson Jacobs) i mała dziewczynka (Virginia Adams) – chodzą do szkoły. Mimo to obecność w domu tajemniczego, francuskiego nastolatka o imieniu Extra, granego przez Ange Dargent, pozostaje niejasna. Tata (John Williams) jest głową rodziny oraz kreatywnym CEO zarządzającym przebudową domu w okazjonalny dom strachów.

Paul (Chris Olsen), nastolatek z liceum, wkracza do świata rodziny jako wolontariusz, aby pomóc w spełnieniu wizji ojca w budowie osobliwej atrakcji. Dostaję plany projektu oraz zostaje oprowadzony po wnętrzach domu, by zobaczyć i zrozumieć, jak będą one aranżowane. A przestrzeń ta zmienia się nie tylko fizycznie, ale również w opętańczej wyobraźni głowy rodziny. Pojawia się zatem napięcie między teatralną inscenizacją a prawdziwym życiem, dające nam możliwość obcowania z prawdziwym horrorem.

Nad wszystkim oczywiście emanuje duch (heh) opowieści o nawiedzonych domach. Nie jest to jednak typowa opowieść o opętaniu, jaką znamy z miliona innych tekstów kultury. Czujemy się jak upiorny obserwator, ktoś, kto zmuszony jest czuć się niekomfortowo i nie jest w stanie nic z tym zrobić. Brzmi zbliżenie do wybitnego Presence (2024) i da się tutaj wyczuć nuty tamtego filmu, jednak Room Temperature gra zdecydowanie na swoją nutę. Więcej tutaj jednak grania na symbolach, metaforach i domysłach. Sugestia jest głównym orężem twórców i jestem przekonany, że adepci i weterani sztuki psychologii będą mieć w tym filmie nie lada pole do zabawy.

A jest tego sporo. Na pierwszy rzut oczywiście można mówić o przemocy domowej, czymś, co wciąż stanowi temat tabu i zamknięte jest za czterema ścinami mieszkania. Idealnie komponuje się to ze wspomnianą perspektywą niechcianego intruza patrzącego na wszystko z perspektywy wyposażenia domu. Ale gdyby tylko podrapać trochę dłużej, to pod naskórkiem znajdzie się również przypowieść o odrzuceniu, poszukiwaniu własnej tożsamości (głównie seksualnej) oraz obsesji będącej przyczynkiem zawahań zdrowia psychicznego.

Chylę czoła przed twórcami, bo z czegoś tak wielkiego, jakim jest tematyka przez nich podjęta, zrobili dzieło intymne, przenikające i mocno rezonujące z widzem. W swoim medytacyjnym wręcz tempie snują tę opowieść pełną napięcia, zarówno tego ze sfery duchowej, jak i całkiem przyziemnego, wręcz banalnego. Ale banału w tym nie ma, nic za nic. To właśnie takie filmy definiują powiedzenie „małe-wielkie kino”. Cooper i Farley zagrzaliby miejsca w A24.

Oryginalny tytuł: Room Temperature

Produkcja: Francja/USA, 2025

Dystrybucja: BRAK

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *