
Są filmy, które według słów wieszcza ryją banię. Są też filmy tak złe, że aż dobre. Są też obrazy, w których to milusińscy stanowią największe zagrożenie dla bohaterów. Wszystkie te motywy kumuluje w jeden, niespójny twór produkcja o niewiele mówiącym tytule Goście z 1979 roku. Jest to pozycja, która idealnie wpisuje się w kategorię wtf.
Film, który zaskakuje widza, przykuwając jego uwagę już od pierwszych chwil. Potem schodzi trochę na ziemię, nadal jednak utrzymując nastrój niewyjaśnionej tajemnicy. Sekretem tym jest odpowiedź na pytanie, kto wpadł na ów karkołomny pomysł i kto doszedł do wniosku, że będzie on się świetnie nadawał na produkcję kinową.
Film zaczyna się chyba w innym wymiarze albo na innej planecie. Pisze chyba, bo tak to wygląda. W każdym razie jest to bardzo klimatyczna, początkowa sekwencja. 10 na 10. Potem widzimy blond Jezusa (Franco Nero), który opowiada jakąś bajkę grupce łysych dzieci. Zasadniczo chodzi w niej o odwieczną walkę dobra ze złem. Zło przybiera tu postać małej dziewczynki. Posiada ona nadnaturalne zdolności.
Potrafi na przykład sprawić, by piłka od koszykówki wybuchła. Dziecko to nazywa się Katy i jest córką swojej matki Barbary (Joanne Nail). Ona zaś zadaje się z pewnym biznesmenem Raymondem (Lance Henriksen). Jak się okazuje, należy on do tajnego stowarzyszenia, które chce się dobrać do mocy dziewczynki. Aby powstrzymać ich oraz ją samą na ziemię wysłany zostałem Jerzy Colsowicz (John Huston).
Nie wiem w sumie, kim są owi tytułowi goście. I czemu w polskiej wersji występują w liczbie mnogiej, skoro w oryginale widnieje liczba pojedyncza The Visitor. Jest to jedna z zagadek spowijających tytuł. Film jest częściowo produkcji włoskiej, chociaż w trakcie seansu ciężko to poznać. Międzynarodowa obsada jest jedną z tych rzeczy, które skutecznie odwracają uwagę od oryginalnego twórcy reżysera Giulio Paradisiego.
Zresztą osoba odpowiedzialna za casting zasługuje na szczególne uznanie. Udało się bowiem na planie zgromadzić prawdziwy miszmasz postaci kina. I nie bójmy się tu użyć tego określenia, są to artyści legendarni. Wystarczy wspomnieć, chociażby Sama Peckinpaha, gwiazdę spaghetti westernów Franco Nero, aktora i reżysera Johna Hustona, mistrza drugiego planu Lance’a Henriksena, starego amerykańskiego wyjadacza Glenna Forda, czy też wielce doświadczoną Shelley Winters.
Także, jeśli chodzi o treść Goście stanowią prawdziwą mieszankę wybuchową. Mamy tu do czynienia z nadnaturalnym horrorem z elementami sci-fi. Są też elementy romansu, wątki tajnych kultów i demoniczne dziecko. Trafi się nawet także nieco animal attack. Trzeba przyznać, że sceny z udziałem zwierząt zostały naprawdę nieźle nakręcone i sprawiają w miarę efektowne wrażenie.
Ogólnie zaletą dzieła są bardzo sugestywne zdjęcia rodem z klasycznych obrazów gatunkowych. Widać, że reżyser położył specjalny nacisk na to, aby jego produkcja prezentowała się ładnie dla oka, budując przy tym atmosferę niesamowitości i odrealnienia. Całość bowiem przypomina momentami jakby jakiś dziwny sen, co na pewno jest atutem obrazu. Można dzięki temu przymknąć oko na liczne niedociągnięcia, czy też fabularne ułomności.
Oryginalny tytuł: The Visitor
Produkcja: USA/Włochy, 1979
Dystrybucja w Polsce: BRAK

