Przez lata, dokładnie około dekady, słuchałem głównie jednego zespołu. Mniejsza tu o nazwę, bo nie o nim tu mowa. Po zakończeniu liceum zacząłem się otwierać na nowe brzmienia. Nowe-stare konkretnie mówiąc, ponieważ skupiłem się na odkrywaniu wielu gatunków i grup, których w przeszłości nie znałem.
Były to jeszcze czasy, gdy aktywnie słuchało się radia w poszukiwaniu inspiracji zatem przed erą Internetu. Radio było wówczas prawdziwą skarbnicą wiedzy o muzyce, edukując słuchaczy. Spełniało zatem taką funkcję, jaką powinno. Była to oczywiście zasługa ludzi go tworzących. I to tam właśnie pierwszy raz usłyszałem i poznałem na dobre pewien zespół, którego twórczość stała mi się bliska na kilka następnych lat.
Był to jakiś zwyczajny powszedni dzień. Pamiętam, że było w miarę ciepło i świeciło słońce. W radiu Kraków leciała akurat audycja w formacie koncertu życzeń. Codziennie o 12 słuchacze dzwonili do stacji i składali prośbę o puszczenie konkretnego kawałka. Jedną z tych osób była pewna, sądząc po głosie, relatywnie młoda kobieta. Poprosiła o utwór, który nijak nie zdawał się pasować do innych zamawianych piosenek ani do aury panującej za oknem tego dnia.
Piosenką tą było Heart and Soul. A wykonawcą brytyjska kapela o nazwie Joy Division. Pamiętam, jak z uwagą słuchałem owej kompozycji, z głową tuż przy odbiorniku, by móc lepiej go usłyszeć. Coś mi podpowiedziało, żeby włączyć przycisk record i zarejestrować go na jednej z licznych kaset, jakie posiadałem.
Na muzykę Joy Division trafiłem w trudnym momencie mojego życia. Po liceum w ogóle nie miałem pomysłu, co ze sobą zrobić, więc zamknąłem się w domu i rzadko wychodziłem. Doskwierać mi zaczęło przemożne poczucie samotności. Czułem się jak jedyny człowiek na Ziemi. Innym problemem powiązanym z alienacją była pustka. Towarzyszyła mi na każdym kroku.
Nic nie zdawało się mieć sensu, nie widziałem żadnych możliwości wyjścia z tego stanu, czułem się jak w więzieniu, które sam stworzyłem w swojej głowie. Wtedy właśnie zacząłem słuchać Joy Division. Ich muzyka perfekcyjnie pasowała do mojego stanu, opisując to, co czułem, a nie potrafiłem samemu wyrazić. Specjalną więź poczułem zwłaszcza z wokalistą grupy Ianem Curtisem, a to z uwagi na teksty, których był autorem.
Numery takie jak Isolation, Transmission czy Twenty Four Hours przemawiały do mnie jak żadne inne. Stały się moim głosem w tych trudnych czasach. Nigdy nie identyfikowałem się z żadnymi tekstami, czy artystą tak bardzo. Co noc przeżywałem orgazmy, słuchając Unknown Pleasures czy Closer, marząc o tym, by ktoś usłyszał moje wołanie rozpaczy. Płyty te zakupiłem za pierwsze uciułane pieniądze, co stało się pewnym moim rytuałem.
Moja fiksacja postępowała tak daleko, iż zacząłem myśleć, że mogę być inkarnacją Curtisa, który zginął parę miesięcy przed moimi narodzinami. Trwało to tak kilka lat aż w końcu zmuszony przez okoliczności musiałem wyjść ze skorupy do ludzi. Z czasem zacząłem coraz mniej słuchać Joy Division. Jakoś przestało to pasować do mojej sytuacji. Obecnie bardzo rzadko sięgam po tę muzykę. Oczywiście nadal czuję do niej sentyment i zajmuje ona ważne miejsce w moim sercu, ale nie czuję takiej silnej potrzeby zatapiania się w tych ciężkich brzmieniach. Pozostały mi jedynie wspomnienia tych nocy wypełnionych bólem i teksty, które z taką lubością tłumaczyłem na rodzimy język.

