Frendo (2025)

Motyw klauna w kinie grozy jest praktycznie tak stary, jak sam film. Wedle artykułu A Brief History of Scary Movie Clowns portalu Screen Crush, za pierwszą produkcję, która wykorzystała klauna jako sposób na straszenie, było Ten, którego biją po twarzy z 1924 roku z legendarnym Lonem Chaneyem w roli tytułowej. Później to już poszło i nie będę wymieniać tutaj setek, jak nie tysięcy produkcji, które przerażały nas postacią klauna.

Jedną z nich jest Frendo, film nawiązujący to tradycji slashera i oparty na książce Klaun w polu kukurydzy Adama Cesare. Książki nie czytałem, więc nie będę się tutaj silił na porównania czy wytykał ciekawostki. Powiem tylko, że po obejrzeniu jej adaptacji chęć sięgnięcia po literacki pierwowzór zniknęła już zupełnie z mojego horyzontu ciekawości.

Wyreżyserowany przez Eliego Craiga, gościa od naprawdę zajebistego pastiszu kina siekanego Porąbani z 2010 roku, Frendo rozpoczyna się klasycznie, od grupy nastolatków urządzających przyjęcie w polu kukurydzy w małym miasteczku Kettle Springs w Missouri. Wszystko to w cieniu starej, opuszczonej fabryki syropu kukurydzianego Baypen. Jak zawsze jedna z par decyduje się iść na małe ruchanie w polu. Jak na prawidła slashera przystało, ich rozwiązłość musi zostać ukarana przez wielkiego chłopa w masce klauna.

Po całym zajściu udajemy się do czasów współczesnych, w których poznajemy Quinn (Katie Douglas) i jej ojca (Aaron Abrams). Właśnie są w trakcie przeprowadzki z Filadelfii do Kettle Springs, zmotywowaniu, a jakże, śmiercią małżonki i matki. Quinn z początku nie podziela entuzjazmu ojca, który skazuje ją na życie na nudnej, cichej prowincji. Jednak już pierwszego dnia dziewczyna poznaje towarzystwo lokalnych łobuzów, Cole’a (Carson MacCormac), Janet (Cassandra Potenza), Ronnie (Verity Marks) i Tuckera (Ayo Solanke).

Oczywiście zbuntowana młodzież popada w konflikt z prawem, a co gorsze, klaun Frendo, który stanowi maskotkę miasta i przypomina o jego dawnej chwale związanej z prosperującym zakładem przetwórstwa kukurydzy, okazuje się maniakalnym mordercą z obsesją polującym na młodych ludzi. Czy to tylko jakiś szaleniec? A może jest to część jakiegoś większego, złowrogiego planu? O tym nie będę Wam spoilerował, bo choć fabularny twist jest idiotyczny, może stanowić jakiś element zaskoczenia.

W sumie o takich filmach jak Frendo pisać mi ciężko, bo jest to kino jałowe, nijakie i w sumie trudno powiedzieć o nim coś świeżego. Postacie są płytkie do bólu, w zasadzie ich charakterologiczny rys stanowi ten jeden stereotyp, który stanowi wytartą już do cna gatunkową kliszę. Do tego nie ma też co ukrywać, ale młodzi aktorzy swoim warsztatem raczej żenują i wytrącają z immersji. Prowadzi to do prostej dedukcji, że mamy do czynienia z największą bolączką slasherów – brakiem postaci, którym chcemy kibicować.

Praktycznie jednym polem (heh), na którym film Craiga naprawdę błyszczy, są pomysłowe sceny eliminowania kolejnych, bezbarwnych postaci. Realizacyjnie co prawda film wygląda jak produkcja Netflixa, najbliższa chyba tym popłuczynom spod znaku Ulic strachu, jednak kategoria wiekowa R wymusza na nim jednak częstsze i bardziej kreatywne wykorzystanie sztucznej krwi. Nie jest to oczywiście nic, co fanom slasherów zapadnie w pamięć na dłużej, ale nawet ja uśmiechnąłem się kilka razy.

Niestety nie jest to żadna wartość, która determinuje do sięgnięcia po Frendo. To kino jałowe, usilnie próbujące iść z duchem czasu i żerując na społecznych napięciach, obraca je w nieśmieszny żart. Nie wchodząc w spoilery, gdybym był osobą homoseksualną, poczułbym się po seansie po prostu obrażony. Być może zagorzali fani kina siekanego, jak ja, uśmiechną się na tych kilku scenach ekranowego mordu, jednak uwierzcie mi, nie jest to warte wyrwania półtorej godziny Waszego życia.

Oryginalny tytuł: Clown in a Cornfield

Produkcja: Kanada/Luksemburg/USA/Wielka Brytania, 2025

Dystrybucja w Polsce: polsatboxgo.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *