
Są takie filmy, które, choć piękne w czysto rzemieślniczym aspekcie kina, wylewają na nas całą fontannę smutku, depresji i zrezygnowania. I bardzo dobrze, bo po to powstała sztuka, żeby rezonować emocjami, komunikować je i otwierać w ludzkiej duszy szufladki, o których istnieniu się nawet nie wiedziało. A Krzysztof Kieślowski jak mało kto potrafił wprowadzić nas w ten stan długotrwałej apatii, jednocześnie ukazując, że depresja może być piękna i twórcza.
Tak właśnie czytam jego Bez końca, jeśli mam być szczery, jeden z najsmutniejszych filmów, jakie widziałem w życiu. Jest to punkt przełomowy na twórczej drodze Kieślowskiego, bo to pierwszy film, który napisał wspólnie z Kryzsztofem Piesewiczem, z którym później pracował przy kolejnych produkcjach, choćby słynnym Dekalogu. I fakt, że Piesewicz sam miał doświadczenie zawodowe jako prawnik, wpłynął na kształt opisywanego tutaj dzieła.
Po śmierci mecenasa Antoniego Zyro, wdowę po nim Urszulę odwiedza Joanna, żona robotnika oskarżonego o kierowanie strajkiem. Zyro był adwokatem Dariusza, Joanna prosi Urszulę o pomoc. Ta wertując notes męża i listę adwokacką wskazuje na mecenasa Labradora. W czasie rozmowy z Tomkiem, przyjacielem zmarłego męża, Urszula jeszcze raz przegląda notes i zauważa, że przy nazwisku Labradora widnieje zrobiony czerwonym flamastrem znak zapytania. Początkowo myśli że jest to figiel spłatany przez syna Jacka, później jednak nabiera podejrzeń, że jest to znak od Antka.
Film przez większość czasu prowadzi równolegle dwie narracje, choć co jakiś czas je ze sobą przeplata. Na pierwszy rzut oka może się nawet wydawać, że wykorzystanie nadprzyrodzonej siły, czyli ducha nagle zmarłego męża, który pojawia się na ekranie kilkukrotnie razy jako nieobecny ciałem „obserwator” wydarzeń, sprawia, że film okaże się mniej tajemniczy, a jego metafizyczne aspekty zostaną gdzieś rozwodnione.
Nic jednak bardziej mylnego. Bez końca utrzymuje surowe spojrzenie Kieślowskiego na mroki ludzkiej egzystencji. I jest to obraz wyjątkowy ponury, pozbawiony dającego nadzieję światła na końcu tunelu, co boleśnie, choć metaforycznie, podkreślone zostaje w fantastycznie posępnym epilogu, zagranym pod równie grobową muzyki wielkiego Zbigniewa Preisnera, który właśnie przy tym filmie nawiązał swoją pierwszą współpracę z reżyserem.
Oczywiście, cała ta narracja o nagle i niespodziewanie rozbitej rodzinie, która sama zaczyna obierać kolizyjny kurs, jest pretekstem dla Kieślowskiego do zobrazowania trudów społeczeństwa żyjącego pod butem stanu wojennego. To przede wszystkim opowieść o odgórnej presji, która gasi wszystkie ambicje, miłości, więzi a finalnie nawet życia. To, co zaczyna się jako opowieść o duchach, kończy się jako doświadczenie ludzi żyjących jak duchy, zawieszonych w wiecznej beznadziei i pozbawionych perspektywy, że „wszystko się jeszcze przecież ułoży„.
Nic dziwnego, że film Kieślowskiego nie spodobał się ówczesnej władzy. Choć z drugiej strony film przecież przedstawia moralnie złożony pogląd, wedle którego nie zawsze to miłość zwycięża, a żal po stracie może być tak przejmujący, że nie da się go przezwyciężyć. To jak życie w systemie, z którym walka w pewnym momencie wydaje się bezsensowna i nie pozostawia nam nic poza przemianą rozpalonego żalu w gorejący od środka kamień.
Warto jeszcze zwrócić uwagę na jakże udane występy aktorskiej soli tego kraju, Grażyny Szapołowskiej w roli głównej, oraz Aleksandra Bardini, Artura Barcisia i Jerzego Radziwiłowicza. Dla fanów tej odchodzącej już niestety szkoły, Bez końca to nie lada gratka. Nie wiem jednak, czy jest to dobry wstęp do kina Kieślowskiego i, szerzej, do filmów z epoki stanu wojennego. Jest po prostu ciężki, wymaga odpowiedniego kapitału historyczno-intelektualnego, który pozwoli spojrzeć na niego z perspektywy pozwalającej wynieść coś więcej niż tylko historia z duchem. Ja, nieskromnie mówiąc, chyba wyniosłem.
Oryginalny tytuł: Bez końca
Produkcja: Polska, 1984
Dystrybucja w Polsce: 35mm.online

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
