Monarch: Dziedzictwo potworów – sezon 2 (2026)

Wydawać się powinno, wedle wszelkich prawideł popkultury, że nie ma nic prostszego, niż nakręcenie w miarę rozrywkowego serialu o grupie ludzi goniących po świecie za wielkimi, walczącymi ze sobą potworami, by ostatecznie trafić do zapomnianej przez czas krainy, gdzie ekosystem oparty jest właśnie o wspomniane monstra. Powinno być po prostu efekciarsko, kolorowo, a czas trwania kolejnych odcinków pękałby od sekwencji pełnych akcji.

Co mogło zatem pójść nie tak? Ano jak pokazał już pierwszy sezon Dziedzictwa potworów (2023), praktycznie wszystko. Bo twórcy chyba nie rozumieją potrzeb współczesnej, choć to dość uniwersalne kino, widowni, która widząc na plakacie mordę kultowej Godzilli, chce patrzeć właśnie na tę Godzillę zionącą atomowym oddechem. Ludzie plątający się pod jej stopami mają nam w zasadzie tylko robić za ekspozycję i jakiś prosty, emocjonalny łącznik z wydarzeniami w perspektywie makro.

Drugi sezon serialu jest bezpośrednią kontynuacją wątków z pierwszej serii. Wracają Keiko, Cate i Kentaro i Lee, którzy teraz mają na głowie nie tylko rządową organizację Monarch, stającą się kontrolować tytanów, ale również prywatny podmiot w postaci technologicznego giganta Apex Industries, które to pojawiło się w jednym z poprzednich filmów kinowych uniwersum. W zasadzie cała fabuła polega na tym, że nieopatrznie wpuścili oni do naszego świata wyjątkowo groźne tytana X, który w rzeczywistości jest przerośniętą kałamarnicą.

Dlatego też pierwsze kilka odcinków polega dosłownie na tym, że nasi bohaterowie płyną za nowoprzybyłym monstrum w swojej wypasionej technologicznie łódce, by co jakiś czas zaczepić go, a to jakimś dronem, a to torpedą. Naprawdę, na tym polega lwia część całego serialu i jest dokładnie tak nudna, jak brzmi to z mojego opisu. Dopiero ostatnie odcinki to moment, kiedy ekipa trafią na znaną nam Wyspę Czaszki, gdzie w dość niemrawej zrzynce z Zaginiony świat: Jurassic Park (1997) starają się powstrzymać tytana i wspomnianą korporację Apex, która… widzi w nim sposób na podróżowanie w czasie.

Tak, dobrze czytacie. Z serii o tym, że wielka małpa praktykuje Lucha libre z przerośniętą, napromieniowaną jaszczurką w środku rozświetlonego neonami miasta, dostajemy quasi marvelowe kino „przygodowe”, w którym bohaterowie spotykają samych siebie z różnych linii czasowych. W jakiś sposób da się to wytłumaczyć „in universe”, ale wciąż serial po prostu wrzuca nam ten pomysł w ostatnim odcinku, poświęcając na niego jedną może dwie linijki tekstu. Pomijając już, że przez mnogość postaci, teraz dochodzą do nich jeszcze ich młodsze/starsze odpowiedniki, robi się nam z tego bełkotliwa telenowela.

Dobra, narzekam i narzekam, ale muszę wyszukać w Monarch jakiś pozytyw. I takowy oczywiście istnieje pod postacią, a jakże, wielkich potworów. Choć znowu muszę się przyczepić, bo tytan X, który robi tutaj za główne zagrożenie dla świata, jest zupełnie nieciekawy i posiada design chyba wypluty z generatora AI. Jednak kiedy na ekran wchodzą prawdziwi królowie, Kong i Godzilla, robi się imponująco! Szkoda tylko, że ich walki nie mają w zasadzie żadnej wagi dla historii, a same toczą się w jakże ciekawych miejscówkach pokroju… pustej pustyni.

Co z ludzkimi postaciami? No nie będę się nad nimi pastwił, bo już szkoda mi serca, ale to po prostu nieciekawe fantomy, które na przestrzeni tych wszystkich odcinków nie przechodzą żadnej wewnętrznej drogi, nie dojrzewają i nie zmieniają się. Serial wciąż traktuje Cate i Kentaro, dwójkę głównych bohaterów, jakby wciąż byli dziećmi, którym trzeba wszystko tłumaczyć i które nie potrafią się odnaleźć czy po prostu podejmować dojrzałych decyzji. Sam Kurt Russell i jego syn Wyatt dają radę, a towarzysząca im Mari Yamamoto poraża swoim pięknem, ale co z tego, sami tego przecież nie dźwigną.

Drugi sezon Monarch, mimo że na papierze prezentuje się lepiej, w praktyce wypada chyba jeszcze gorzej, niż poprzedni. Naprawdę współczuję ludziom, którzy tak bardzo chcieli dobrze bawić się na kolejnych odcinkach, że zmuszeni zostali do silnego wyparcia i zamazania sobie rzeczywistości. Dla mnie, mam nadzieję że dla większości widowni, jest to zdecydowanie najgorszy serial roku. Dawno się tak nie wynudziłem, a moja dość pobłażliwa wyobraźnia została wystawiona na całą masę rażącej głupoty. Nie traćcie czasu, ja żałuję każdej minuty spędzonej z tą produkcją.

Oryginalny tytuł: Monarch: Legacy of Monsters

Produkcja: USA/Japonia, 2026

Dystrybucja w Polsce: apple.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *