
Nurt eksploatacji w kinie zna wiele podgatunków. Jest eksploatacja przemocy, seksu, Meksykanów, Kanadyjczyków, czy Australijczyków. To są te jedne z bardziej znanych motywów. Istnieje jednak również mniej znany trend, który jednak doczekał się paru zacnych reprezentantów. Chodzi mianowicie o tak zwane gill-exploitation, czyli po naszemu skrzeloeksploatacja. Trzeba przyznać, że jest to bardzo specyficzna i karkołomna kombinacja.
A o co w niej chodzi? Konkretnie to o filmy, w których w centrum znajdują się ludzko-rybie chimery. Jednym z najsłynniejszych filmów tego typu jest bez wątpienia Potwór z czarnej laguny z 1954 roku. Inne przykłady to chociażby The Monster of Piedras Blancas (1959) czy też nieco późniejszy Humanoidy z głębiny (1980). Ja jednak chciałbym wziąć pod lupę włoską propozycję w nurcie, a mianowicie obraz Wyspa ludzi-ryb z 1979 roku.
Akcja filmu rozgrywa się pod koniec XIX wieku. Grupa rozbitków płynie w łodzi ratunkowej ku zagładzie. Pochodzą oni z ze statku przewożącego więźniów, który zatonął. Jest wśród nich również doktor Claude de Ross (Claudio Cassinelli). Jest on jedynym nieskazitelnym bohaterem wśród bandy zwyrodnialców. Nocą łódź rozbija się o skalisty brzeg pewnej wyspy. Ci, którym udaje się przeżyć, szybko giną w dziwnych okolicznościach.
Pozostała przy życiu trójka odnajduje w głębi lądu dom. Zamieszkuje go Edmond Rackham (Richard Johnson) wraz z piękną Amanda Marvin (Barbara Bach) oraz grupą tubylców. Jak się okazuje, kobieta znajduje się na wyspie wbrew swej woli, ponieważ jej ojciec profesor Ernest Marvin (Joseph Cotten), jest więźniem sadystycznego Edmonda, który zmusza naukowca do prowadzenia diabolicznych eksperymentów.
Zobacz cały film poniżej:
Film w reżyserii Sergio Martino, który znany jest również pod tytułem „Screamers”, to typowa włoska robota. Mamy tu do czynienia z wybitnie B-klasowym produktem. Już z samego plakatu szczuje nas nagie udo aktorki, a całość obiecuje nie lada doznania. Jak to jednak często bywa, zawartość dzieła nie dowozi, tego, co oferuje poster.
Nie ma tu zbytnio aktów golizny, ani też seksualnej przemocy ze strony potworów. One z kolei są skrzętnie ukrywane w panujących na kadrach ciemnościach. Jest to stary trick, który na ogół dobrze działa, jeśli chce się wzbudzić klimat tajemnicy i grozy. Tym, co najbardziej chyba straszy, nie są jednak stwory i ich wygląd, lecz to, w jaki sposób zostały powołane do życia. Budzi to jednoznacznie skojarzenia z Wyspą doktora Moreau.
Jak to bowiem bywa w przypadku włoskich produkcji Wyspa ludzi-ryb stanowi połączenie kilku pomysłów i patentów znanych dobrze z innych, wcześniejszych dzieł. Martino wziął po prostu kilka sprawdzonych motywów i wymieszał je w filmowym garnku. Na szczęście udało mu się przy okazji stworzyć poniekąd nową jakość. Efekt jego starań dostarcza zwyczajnie sporej dawki lekkiej, nieskomplikowanej rozrywki i nie udaje, że powstał w jakimś innym celu.
Gdy dodamy do tego całkiem znośną i przyzwoitą grę aktorską, to otrzymamy obraz, który na pewno zasługuje na uwagę, zwłaszcza widzów miłujących się w niskobudżetowych europejskich produkcjach. A już na pewno film ów powinien zadowolić wszystkich, którzy szczególnie zainteresowani są historiami o mutantach, których geneza kryje się w morskich toniach.
Oryginalny tytuł: L’isola degli uomini pesce
Produkcja: Włochy, 1979
Dystrybucja w Polsce: BRAK

