
Po dokładnie 13 latach postanowiłem wrócić do Wyliczanki, oryginalnie zatytułowanej Camping del terrore z 1986 roku. I muszę przyznać, że jest to produkcja co najmniej osobliwa. Mamy bowiem do czynienia z włoskim slasherem spod ręki Ruggero Deodato, czyli reżysera, którego nazwisko większości widzów kojarzy przede wszystkim z kultowym Cannibal Holocaust (1980). Tym razem Deodato porzuca jednak kino kanibalistyczne i postanawia zrobić coś, co wygląda jak niemal paranoiczna próba naśladowania amerykańskiego kina siekanego.
I właśnie to jest w Wyliczance najciekawsze. Włosi, którzy przecież niejednokrotnie udowadniali, że potrafią stworzyć własną, niezwykle charakterystyczną odmianę horroru, tym razem próbują wejść na teren zarezerwowany dla takich produkcji jak Piątek trzynastego (1980) czy Podpalenie (1981). Podobnych prób nie było zresztą aż tak wiele, a wśród najciekawszych poprzedników można wymienić przede wszystkim A Bay of Blood (1971) Maria Bavy czy Torso (1973) Sergia Martino.
Grupa młodych ludzi wybiera się na wypoczynek do położonego na odludziu kempingu, który od lat pozostaje zamknięty po brutalnym morderstwie popełnionym w jego okolicy. Mimo złej sławy miejsca bohaterowie postanawiają zatrzymać się tam na dłużej, szybko przekonując się, że lokalna legenda może mieć w sobie znacznie więcej prawdy, niż początkowo zakładali. Okolica skrywa bowiem ponurą historię związaną z tajemniczym szamanem i dawnymi indiańskimi wierzeniami. Kiedy w lesie zaczynają ginąć kolejne osoby, wakacyjny wyjazd zamienia się w walkę o przetrwanie, a grupa młodych ludzi zostaje odcięta od pomocy i zmuszona do zmierzenia się z kimś, kto zdaje się doskonale znać otaczający ich teren.
Problem w tym, że Wyliczanka jest filmem, który momentami sprawia wrażenie znacznie ciekawszego na papierze niż w praktyce. Bo pomysłów tutaj nie brakuje. Jest odizolowany kemping, grupa młodych ludzi, seria coraz bardziej groteskowych morderstw, tajemnicza przeszłość, lokalne legendy i morderca, który wygląda tak, jakby przypadkiem zabłąkał się na plan filmu z zupełnie innej rzeczywistości. Do tego dochodzi fantastyczna lokalizacja. Jesienna północ Włoch udająca lasy Kolorado jest absolutnie urocza. I chyba właśnie ten europejski sznyt jest jednym z największych atutów filmu. Film próbuje być amerykański, ale jego „włoskość” cały czas przebija spod powierzchni. To trochę tak, jakby ktoś próbował nakręcić wspomniany Piątek trzynastego, ale zamiast pojechać do USA, stwierdził: spokojnie, Włochy też mają lasy.
Tyle tylko, że jako slasher film jest niestety dość… nudny. I to nawet pomimo faktu, że Deodato wrzuca do jednego miejsca całą masę bohaterów, z których każdy prędzej czy później powinien skończyć pod nożem. Film jednak ciągnie się niemiłosiernie, a napięcie zamiast narastać, często po prostu gdzieś się rozpływa. Mam też wrażenie, że Deodato nie do końca czuł materię, jaką jest amerykańskie kino siekane. Włoscy twórcy potrafili być niezwykle sprawni w budowaniu atmosfery, suspensu czy makabry, ale „Body Count” potrzebował czegoś jeszcze — tego specyficznego rytmu slashera, w którym kolejne sceny są podporządkowane oczekiwaniu na następne morderstwo.
Tutaj tego mechanizmu trochę brakuje. Nie oznacza to jednak, że nie ma czego oglądać. Wręcz przeciwnie, fan gatunku znajdzie tu sporo dobra. Na ekranie pojawiają się przecież Mimsy Farmer i David Hess jako starsze małżeństwo prowadzące kemping, Ivan Rassimov w roli lokalnego stróża prawa, a całości towarzyszy muzyka Claudio Simonettiego, więc przynajmniej oko i ucho mają się czym zająć.
No i jest jeszcze morderca. Rdzenny szaman w absurdalnie kiczowatej masce, który zdaje się funkcjonować gdzieś pomiędzy rzeczywistością a lokalną legendą. To jeden z tych pomysłów, które są tak dziwne, że natychmiast zapadają w pamięć. Już podczas mojego pierwszego seansu, 13 lat temu, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Teraz, po ponownym spotkaniu z filmem, nadal uważam go za jeden z jego największych atutów. Szkoda tylko, że ta postać nigdy nie doczekała się większego poklasku. Ma w sobie dokładnie ten rodzaj kampowej, lekko surrealistycznej grozy, który mógłby dziś przypaść do gustu widzom szukającym mniej oczywistych odmian horroru.
Co ciekawe, pod względem realizacyjnym Wyliczanka zjada kompetencjami sporą część niskobudżetowych slasherów z lat 80.. To nie jest produkcja wyglądająca jak przypadkowa kasetowa popierdółka. Momentami prezentuje się wręcz zaskakująco dobrze i ma w sobie coś, co sprawia, że łatwo wyobrazić sobie ten film jako produkcję, którą kilkadziesiąt lat później mogłoby wypuścić dzisiejsze A24, oczywiście po odpowiednim podkręceniu atmosfery, dodaniu kilku kilogramów symboliki i zapewne dorzuceniu trzydziestu minut ciszy. I właśnie dlatego Wyliczanka pozostawia mnie z pewnym niedosytem. Bo jest tu wszystko, co powinno działać. Jest malownicza sceneria, ciekawy koncept, charakterystyczny morderca, świetna obsada, Simonetti na ścieżce dźwiękowej i wyraźna próba stworzenia włoskiej odpowiedzi na amerykański slasher. A jednak czegoś brakuje.
Oryginalny tytuł: Camping del terrore
Produkcja: Włochy/USA, 1986
Dystrybucja w Polsce: BRAK
Nie znam się na niczym, ale chętnie dorzucę swoje trzy grosze!

