
Na Miasteczko Shelby Oaks czekałem bardzo. I… niestety nie mogę powiedzieć, żeby film Chrisa Stuckmanna trafił do mojego zestawienia dziesięciu najlepszych horrorów roku, w którym miał premierę. Nie oznacza to jednak, że uważam go za produkcję nieudaną. Wręcz przeciwnie, trudno odmówić mu gęstego, niepokojącego klimatu i naprawdę sprawnego konstruowania scen, a przecież właśnie to powinno być bijącym sercem kina grozy.
Stuckmann niewątpliwie wie, jak budować napięcie, jak operować ciszą, przestrzenią i oczekiwaniem na to, co czai się poza kadrem. Potrafi przestraszyć i robi to momentami z imponującą pewnością siebie. Dlatego tym bardziej wierzę, że jeśli przy kolejnym projekcie dostanie w ręce po prostu lepszy, odważniejszy scenariusz, może zgotować temu gatunkowi coś naprawdę interesującego.
Film opiera się na dwóch wyraźnie odmiennych stylach narracji. Pierwszy z nich to stylizowana forma dokumentalna, inspirowana Lake Mungo (2008). Widz ma wrażenie, jakby oglądał dokument Netflixa poświęcony łowczyni duchów Riley (Sarah Durn), która w tajemniczych okolicznościach zaginęła. W pewnym momencie film przechodzi jednak do klasycznej narracji fabularnej i skupia się na siostrze Riley, Mii (Camille Sullivan), która rozpoczyna poszukiwania zaginionej siostry. Dowiadujemy się, że Riley wraz ze swoim zespołem z YouTube’a, Paranormal Paranoids, zaginęli po wizycie w tajemniczym mieście-widmie, tytułowym Shelby Oaks.
Brzmi intrygująco? Problem w tym, że Shelby Oaks zupełnie rozminęło się z moimi oczekiwaniami. A przy produkcjach NEON i ich genialnej machinie promocyjnej zdarza mi się to ostatnio niepokojąco często. Marketing tego filmu skutecznie rozbudził we mnie apetyt na coś znacznie bardziej pokręconego. Liczyłem na połączenie paranoicznego koszmaru, internetowej mitologii i króliczej nory prowadzącej do jakiejś zapomnianej, cuchnącej sprawy kryminalnej wygrzebanej z najciemniejszych zakamarków Reddita. Innymi słowy: chciałem filmu, po którym po seansie zacznę bezmyślnie przekopywać internet w poszukiwaniu informacji o tym, co właściwie wydarzyło się w Shelby Oaks. Dostałem… no po prostu horror.
I to horror kompetentny. Momentami nawet bardzo kompetentny. Stuckmann świetnie czuje formę, potrafi zbudować odpowiednią atmosferę i wie, kiedy pozwolić scenie wybrzmieć. Problem polega na tym, że za tą sprawnością formalną nie idzie równie interesująca opowieść. Narracyjnie film wydaje mi się zaskakująco jałowy. Mamy ładny, mroczny obrazek, kilka naprawdę mocnych scen i historię, która ostatecznie okazuje się znacznie bardziej konwencjonalna, niż obiecywały to zwiastuny i cała otoczka wokół filmu.
Najbardziej szkoda mi właśnie tego potencjału. Shelby Oaks przez pewien czas potrafi sugerować, że pod powierzchnią jego historii znajduje się coś znacznie większego i bardziej niepokojącego. Film podrzuca kolejne tropy, bawi się poczuciem paranoi i sprawia, że zaczynamy doszukiwać się drugiego dna. Kiedy jednak fabuła wchodzi już na dobre w swoje najbardziej gatunkowe rejony i wszystkie te tropy osiągają swój peak, napięcie gdzieś uchodzi. Zamiast złapać mnie wtedy za gardło jeszcze mocniej, film zaczął mnie zwyczajnie coraz mniej angażować. Paradoksalnie dużo bardziej działały na mnie momenty, w których Stuckmann jedynie sugerował obecność czegoś złego, niż te, w których wreszcie postanowił pokazać, czym to „coś” jest. Scena w więzieniu pozostaje dla mnie najlepszym przykładem tego, jak dobrze ten film potrafi działać, kiedy Stuckmann ufa atmosferze i inscenizacji.
Mimo wszystko daję mu kredyt zaufania. Shelby Oaks pokazuje bowiem coś, czego nie da się nauczyć wyłącznie z podręcznika, Stuckmann ma wyczucie horroru. Ma oko do obrazów, rozumie mechanikę strachu i potrafi zbudować scenę, która rzeczywiście potrafi nieprzyjemnie usiąść na karku. Brakuje mu natomiast historii, która byłaby równie interesująca jak sposób, w jaki ją opowiada.
Dlatego przy następnym projekcie życzyłbym mu przede wszystkim jednego: więcej czasu nad scenariuszem. A jeśli sam nie ma ochoty na tę część roboty, niech po prostu zleci ją komuś, kto podsunie mu pod nos coś odważniejszego, dziwniejszego i bardziej ambicjonalnego niż fantazja trzynastolatka po lekturze kilku stron Wikipedii poświęconych pogańskim demonom. Bo warsztat już jest. Teraz przydałaby się jeszcze historia, która będzie warta tego warsztatu.
Oryginalny tytuł: Shelby Oaks
Produkcja: USA, 2024
Dystrybucja w Polsce: canalplus.com
Nie znam się na niczym, ale chętnie dorzucę swoje trzy grosze!

