
Tak wiele sobie obiecywałem po tym filmie, a moje oczekiwania były tak absurdalnie wyśrubowane, że chyba od początku skazywałem seans na porażkę. Ostatecznie więc, choć bardzo niechętnie, muszę przyznać: Backrooms mnie rozczarowało. Po pierwszym seansie, potrzebowałem drugiego. Dopiero wtedy, kiedy opadły pierwsze emocje i przestałem kurczowo trzymać się własnych wyobrażeń o tym, czym ten film powinien być, zacząłem dostrzegać, czym w istocie jest. Poszczególne elementy zaczęły układać się w spójną całość, a rzeczy, które wcześniej odbierałem jako powierzchowne czy niepotrzebne, nabrały zupełnie innego ciężaru. Backrooms przestało być filmem, który nie spełnił moich oczekiwań, a zaczęło być dziełem którego po prostu nie potrafiłem właściwie odczytać przy pierwszym podejściu.
I jest to o tyle frustrujące, że mówimy o wybitnie dobrym kinie, świeżym, niepokojącym, imponująco zaprojektowanym i świetnie zagranym. Film ma własny język wizualny, konsekwentnie buduje atmosferę osaczenia i potrafi wytworzyć ten specyficzny rodzaj lęku, który nie wynika z tego, co widzimy, ale z tego, czego nie możemy zobaczyć. Problem w tym, że im dalej wchodzimy w tę historię, tym bardziej okazuje się, że pod niezwykle efektowną powierzchnią kryje się opowieść znacznie bardziej powierzchowna, niż chciałbym, żeby była, szczególnie w warstwie psychologicznej, konstrukcji postaci i budowania samego świata.
Akcja Backrooms rozgrywa się w latach 90. i skupia się na Clarku (Chiwetel Ejiofor), właścicielu pirackiego sklepu meblowego o wdzięcznej nazwie Cap’n Clark’s Ottoman Empire. Już na początku filmu widzimy człowieka znajdującego się w wyraźnym kryzysie: interes nie przynosi oczekiwanych rezultatów, klientów jak na lekarstwo, a jego życie prywatne również zaczyna się rozpadać. Clark uczestniczy w terapii małżeńskiej, próbując jeszcze ratować związek, podczas gdy sam coraz wyraźniej pogrąża się w depresji i poczuciu beznadziei. W tym właśnie momencie, kiedy jego życie zdaje się znajdować w szczególnie ponurym punkcie, Clark odkrywa tajemnicze przejście znajdujące się pod prowadzonym przez niego sklepem. To pozornie niewinne odkrycie staje się początkiem wydarzeń, które całkowicie wywrócą jego rzeczywistość do góry nogami.
Od tego momentu Backrooms zabiera nas w niewiarygodnie dziwną, momentami surrealistyczną podróż. Co ciekawe, film zaskakująco szybko okazuje się nie być opowieścią przede wszystkim o samych Backrooms. Choć tajemnicza przestrzeń pozostaje jej najważniejszym i najbardziej charakterystycznym elementem, twórcy wykorzystują ją przede wszystkim jako narzędzie do opowiedzenia historii Clarka, jego kryzysu, lęków, relacji i stopniowo rozpadającego się poczucia rzeczywistości. I właśnie to przesunięcie akcentów okazuje się jednym z najciekawszych aspektów całego filmu.
Film nigdy jednak do końca nie staje się pełnoprawnym horrorem psychologicznym. Nie jest też satysfakcjonującą adaptacją creepypasty, nie rozwija się w pełni jako opowieść science fiction o eksploracji innego wymiaru, a jednocześnie próbuje być czymś znacznie bardziej alegorycznym. Każdy z tych kierunków jest interesujący, ale film zamiast wybrać jeden i konsekwentnie go eksplorować, próbuje być wszystkimi naraz. W rezultacie powstaje eklektyczna mieszanka pomysłów, która wygląda imponująco, ale pozostawia niedosyt. A szkoda, bo Backrooms jest zdecydowanie najciekawsze wtedy, kiedy niczego nie tłumaczy. Jednak drugi seans okazał się dla mnie znacznie ciekawszym doświadczeniem, przede wszystkim dlatego, że obejrzałem film w towarzystwie osoby, która z kinem grozy właściwie nie ma nic wspólnego. Jej reakcje na kolejne horrorowe zagrania Kane’a Parsonsa były niezwykle żywe, i, co chyba najciekawsze, pozwoliły mi spojrzeć na ten film z nieco innej perspektywy. Nagle rzeczy, które podczas pierwszego seansu przyjmowałem jako element świadomej konwencji, zaczęły działać na mnie zupełnie inaczej. Paradoksalnie sam film podobał mi się za drugim razem jeszcze bardziej.
Oczywiście wciąż pozostaję przy swoim zdaniu na temat sceny kolacji. Nadal uważam, że jest to moment, w którym Backrooms niepotrzebnie zaczyna tłumaczyć własną mitologię, zamiast pozwolić jej wybrzmieć poprzez niedopowiedzenia. Jest w niej coś nachalnego, niemal łopatologicznego — jakby Parsons na chwilę przestał ufać własnemu światu i uznał, że musi dokładnie wyjaśnić widzowi, co właściwie ogląda. Tyle że osoba, z którą oglądałem film, odebrała tę scenę zupełnie inaczej. Stwierdziła, że najbardziej przygniótł ją właśnie jej emocjonalny ciężar. I trudno mi z tym polemizować. Bo przecież każdy z nas konsumuje kulturę z własnym bagażem doświadczeń, emocji, lęków i refleksji. Ta sama scena może być dla jednej osoby irytującą ekspozycją, a dla drugiej momentem, który nagle nadaje całej historii zupełnie inny ciężar. Dla mnie „kolacja” pozostaje przede wszystkim brutalnym przypomnieniem, że oglądamy jednak horror. Jakby ktoś po prostu uznał, że na wszelki wypadek trzeba nam o tym jeszcze raz przypomnieć.
Ale drugi seans pozwolił mi docenić coś, czego wcześniej chyba nie dostrzegałem w wystarczającym stopniu: jak znakomicie Parsons buduje swój świat przedstawiony. Jego Backroomsy są jednocześnie hipnotyzujące i przerażające. Mają w sobie coś niemal magnetycznego, im dłużej na nie patrzymy, tym bardziej chcemy wiedzieć, co znajduje się dalej, a jednocześnie coraz mocniej czujemy, że być może wcale nie powinniśmy tego sprawdzać. To przestrzeń, która nie potrzebuje ciągłego straszenia, żeby budzić niepokój. Sama jej konstrukcja jest źródłem grozy. I właśnie dlatego tak łatwo uwierzyć mi w to, że bohaterowie Backrooms są w stanie dosłownie się w nich zatracić. Nie tylko fizycznie, ale również psychicznie. Ta przestrzeń staje się obsesją. Tajemnica zaczyna być ważniejsza niż bezpieczeństwo, relacje, a ostatecznie nawet własne życie. Bohaterowie poświęcają siebie, swoje zdrowie i wszystko, co jeszcze posiadają, by choć odrobinę zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie, którego być może nigdy nie powinni zadawać. I tutaj film zaczyna mieć w sobie coś bardzo Lovecraftowskiego.
Nie chodzi nawet o samą obecność czegoś potwornego, ale o zderzenie ludzkiego umysłu z czymś, czego nie jesteśmy w stanie pojąć. Z rzeczywistością, która działa według zasad tak odległych od naszych, że samo pojęcie „zrozumienia” przestaje mieć większy sens. Możemy próbować ją badać, opisywać, klasyfikować i tworzyć teorie, ale wszystko to pozostaje jedynie przybliżeniem. Dosłownie wyobraźcie sobie, że próbujecie wytłumaczyć komuś, kto nigdy w życiu nie widział psa, czym właściwie jest pies. Możecie opisać jego wygląd, zachowanie, sposób poruszania się, szczekanie, relację z człowiekiem. Możecie podać mu tysiące szczegółów. A potem dajecie mu kartkę i prosicie, żeby go narysował. Prawdopodobnie powstanie coś, co w pewnym stopniu przypomina psa, ale nigdy nie będzie prawdziwym odwzorowaniem tego doświadczenia. I podobnie postrzegam tajemnicę Backrooms. Możemy próbować ją opisywać, możemy próbować zrozumieć jej mechanizmy, możemy tworzyć teorie na temat tego, czym właściwie jest ta przestrzeń. Ale być może sam koncept zakłada, że pełne poznanie jest niemożliwe. Że rzeczywistość, z którą stykają się bohaterowie, znajduje się poza granicami ludzkiej percepcji.
Oryginalny tytuł: Backrooms
Produkcja: USA, 2026
Dystrybucja w Polsce: canalplus.com
Nie znam się na niczym, ale chętnie dorzucę swoje trzy grosze!

