
Nie dołączę do fanklubu filmu Ice Cream Man. Co ciekawe, nie mam też potrzeby jakoś szczególnie go krytykować. Wydaje mi się, że całkiem dobrze rozumiem parodystyczne intencje Rotha, widzę jego inspiracje i przede wszystkim, jestem w stanie dostrzec, że ten film nie próbuje być czymś, czym nie jest. Powiedziałbym nawet, że Ice Cream Man jest znacznie bardziej kompetentną parodią gatunku niż tegoroczny Straszny film (2026).
Eli Roth może nie zawsze trafia w punkt, ale trudno odmówić mu jednej rzeczy, gość naprawdę kocha horror. Zna jego schematy, tropy, klisze i potrafi się nimi całkiem sprawnie bawić. Problem w tym, że sama znajomość gatunku nie zawsze wystarcza, żeby zrobić z tego naprawdę dobry film.
Mimo wszystko Rothowi udaje się wyciągnąć z tej banalnej przypowieści o spirali przemocy trochę czystego funu. Ice Cream Man jest przede wszystkim dużą, krwawą zabawką. Nie ma tutaj szczególnie odkrywczych wniosków ani historii, która zostanie ze mną na dłużej. Jest za to sporo pomysłów na to, jak efektownie i możliwie absurdalnie pozbawić kogoś życia.
Idylliczne, letnie miasteczko zamienia się w krwawy koszmar, gdy miejscowy lodziarz zaczyna serwować dzieciom wyjątkowo kuszące, lecz tajemnicze przysmaki. Wkrótce okazuje się, że słodkie lody budzą w ich młodych klientach przerażający, nienasycony głód. Z każdym kolejnym kęsem niewinne dzieci przeistaczają się w bezwzględnych łowców, którzy obracają się przeciwko własnym rodzicom i innym dorosłym mieszkańcom. W samym sercu letniej idylli rozpoczyna się makabryczna walka o przetrwanie.
To trochę taka TROMA, która kiedyś potrafiła robić podobne rzeczy, tylko z większym budżetem na efekty gore. I niestety, nakręcona w czasach AI. Bo właśnie sztuczna inteligencja jest tutaj elementem, który najbardziej wybija mnie z seansu. Momentami mam wrażenie, jakby Roth wrzucił do ChatGPT całą historię swoich inspiracji: kino o zombie, slasher, Koszmar z ulicy Wiązów (1984), trochę exploitation, trochę czarnej komedii, dorzucił do tego wiadro kontrowersji, żarty z anoreksji, bullyingu, użytkowników Androida i wszystkiego, co może wywołać oburzenie w internecie, a następnie poprosił: „Dobra, a teraz zakończ to w możliwie najgłupszy i najbardziej ironiczny sposób”.
I dokładnie to dostał. Co więcej, trochę bawi mnie ta zmasowana krytyka filmu, szczególnie kiedy zestawi się ją z tym, jak odbierana jest seria Terrifier. Oczywiście oba cykle mają zupełnie inne ambicje, ale w warstwie czystej, splatterowej rozrywki trudno nie zauważyć podobieństw. Tutaj również fabuła jest przede wszystkim pretekstem do kolejnych scen gore, a najważniejsze pytanie brzmi nie „dokąd zmierza ta historia?”, tylko raczej „co oni jeszcze wymyślą, żeby tym razem kogoś zabić?”.
I pod tym względem Ice Cream Man potrafi dostarczyć całkiem sporo frajdy. To zdecydowanie film na jeden seans — obejrzeć, pośmiać się, może kilka razy skrzywić z niesmakiem i następnego dnia już właściwie o nim nie pamiętać. Ale jako czysta, bezpretensjonalna zabawa w splatter ma swoje momenty. Niektóre pomysły są naprawdę kreatywne, a część scen zwyczajnie mnie rozbawiła. Cegła na łeb czy mikroskop? No sorry, ale XD. Trudno mi udawać, że tego typu głupota nie potrafi mnie czasem kupić. I chyba właśnie w tym miejscu widzę największą zaletę tego filmu. On nie jest szczególnie subtelny, nie jest specjalnie głęboki i momentami jest wręcz boleśnie głupi. Ale mam wrażenie, że Roth doskonale zdaje sobie z tego sprawę. To nie jest przypadkowa nieporadność, tylko świadoma zabawa konwencją, choć oczywiście można dyskutować o tym, jak dobrze ta zabawa ostatecznie działa.
Mam tylko jedną, dość poważną nadzieję: że AI pozostanie tutaj tą jedną łopatką w piaskownicy, którą twórcy szybko się znudzą. Bo jeśli to ma być początek jakiejś nowej drogi dla kina grozy, gdzie generatywne obrazki, cyfrowe deformacje i coraz bardziej „syntetyczne” efekty mają zastępować tradycyjne podejście do scenografii, charakteryzacji czy efektów praktycznych, to naprawdę współczuję wszystkim fanom tego gatunku. Horror zawsze miał w sobie coś brudnego, niedoskonałego i namacalnego. Właśnie te wszystkie gumowe potwory, lateks, sztuczna krew, animatronika, charakteryzacja i praktyczne efekty sprawiały, że nawet najbardziej absurdalne sceny miały w sobie pewien fizyczny ciężar. Ice Cream Man nie jest więc horrorem, który będę szczególnie polecał. Nie jest też filmem, którego będę jakoś zaciekle bronił. Ale zdecydowanie nie uważam, że zasługuje na lincz. To po prostu głupia, krwawa, momentami całkiem pomysłowa zabawa konwencją. Taka, którą można obejrzeć, pośmiać się z kilku absurdalnych scen, pokręcić głową nad innymi i… przejść dalej. I chyba właśnie tyle od tego filmu oczekiwałem.
Oryginalny tytuł: Ice Cream Man
Produkcja: USA, 2026
Dystrybucja w Polsce: kinoswiat.pl
Nie znam się na niczym, ale chętnie dorzucę swoje trzy grosze!

