
Bardzo się cieszę, że Zach Cregger w swojej interpretacji Resident Evil tak dalece odbił od tych paskudnych, nadętych i idiotycznych filmów z Millą Jovovich, że zamiast kolejnego napompowanego akcją widowiska dostaliśmy w zasadzie komedię pomyłek przebraną za horror. I wiecie co? To jest dokładnie ten Resident Evil, którego potrzebowałem. Przy całym szacunku do ogromnego dziedzictwa tej serii trudno nie zauważyć, że jej filmowe adaptacje przez lata desperacko próbowały udowodnić, jak wielkim, poważnym i efektownym uniwersum są. Cregger robi coś zupełnie odwrotnego. Bierze tę całą mitologię, korporacyjne spiski, laboratoria, zombie, groteskowe potwory i charakterystyczną dla gier absurdalność, a następnie spuszcza z tego wszystkiego powietrze. Nie próbuje udawać, że Resident Evil jest czymś, czym nigdy nie był. Zamiast tego pozwala mu być absurdalnym, krwawym, momentami głupkowatym i przede wszystkim cholernie zabawnym. I takie spuszczenie powagi z tego balonu, jakim jest ta jakże bogata seria, było nam zwyczajnie potrzebne.
Czy to najlepsza adaptacja gry wideo w historii? Być może. W końcu ktoś miał odwagę zrobić z Resident Evil coś więcej niż tylko kolejną próbę wiernego odtworzenia najbardziej rozpoznawalnych elementów gry. Cregger nie podchodzi do materiału źródłowego na kolanach. Nie traktuje go jak świętości. Bierze jego najbardziej charakterystyczne elementy, rozkłada je na części, a następnie składa po swojemu. I robi to z ogromnym wyczuciem tego, co w tej serii od zawsze było najciekawsze: jej kompletną niedorzeczność. Już sam fakt, że film skupiony jest całkowicie na historii zwykłego everymana, Bryana, który jako kurier, podejmuje się nocnego zlecenia podczas śnieżnej burzy. W drodze między szpitalami potrąca tajemniczą kobietę, co wciąga go w sam środek przerażającej epidemii. Wkrótce jego zwykła nocna zmiana zamienia się w koszmar rodem z uniwersum gier video.
Seria ta od samego początku była przecież dziwnym połączeniem horroru, kina akcji, campu i japońskiej fascynacji zachodnimi kliszami. Gry potrafiły w jednej chwili straszyć, a chwilę później wrzucać gracza w sytuację tak absurdalną, że trudno było nie parsknąć śmiechem. Cregger bardzo dobrze rozumie tę dynamikę. Dlatego jego film nieustannie balansuje pomiędzy horrorem a komedią i ani przez moment nie przeprasza za to, że bardziej interesuje go dobra zabawa niż budowanie pomnika dla jednego z najważniejszych growych uniwersów. A jak pokazuje nam współczesne kino, coraz trudniej nakręcić horror, który byłby w stu procentach na poważnie. Zawsze musi pojawić się jakiś bezpiecznik w postaci humoru. I osobiście uważam, że zdecydowanie lepiej, kiedy tego humoru jest więcej niż mniej. Szczególnie w przypadku Resident Evil, gdzie absurd wpisany jest w DNA całej marki.
Najlepiej widać to w konkretnych scenach. Cała sekwencja na zaśnieżonej drodze, wydarzenia na farmie, powracające niczym senny koszmar kłódki czy samo przedstawienie Umbrella Corporation jako bandy dzieciaków z Harvardu, które potrafią obsługiwać laboratoryjny sprzęt, ale kompletnie nie radzą sobie z konsekwencjami własnych działań, wszystko to sprawiało, że podczas seansu bawiłem się jak ubłocone prosię. I właśnie dlatego film działa. Cregger nie potrzebuje wymyślać skomplikowanej intrygi, żeby utrzymać uwagę. Wystarczy mu prosta konstrukcja: bohater ma naprawdę paskudny dzień, a świat konsekwentnie dokłada mu kolejnych problemów. Jedna katastrofa prowadzi do następnej, każda próba poradzenia sobie z sytuacją kończy się jeszcze większym chaosem, a my siedzimy i zastanawiamy się, jak bardzo może się jeszcze wszystko spieprzyć.
Oczywiście taka konwencja nie trafi zapewne do wielu ludzi, dla których uniwersum „Resident Evil” jest święte. Cregger na każdym kroku wyśmiewa bowiem jego fundamenty. Nie chodzi wyłącznie o kilka żartów czy zabawę znanymi elementami. Cała konstrukcja filmu jest jednym wielkim puszczeniem oka do widza, który zna gry i doskonale wie, jak absurdalne potrafią być ich rozwiązania. Jednocześnie Cregger nie zapomina o fanach. Miejsce znalazło się dla całej masy mrugnięć okiem: maszyna do pisania, kamper niczym ściana blokujący drogę, William Birkin w finale i cała masa drobnych elementów, które mogą wywołać u gracza charakterystyczne „o, ja pierdolę, oni naprawdę to zrobili”. Problem w tym, że te odniesienia nie są tutaj fundamentem filmu. Są dodatkami. Cregger nie buduje całej narracji wokół nostalgii i nie zakłada, że samo rozpoznanie rekwizytu będzie wystarczającym powodem do ekscytacji.
To wciąż jest przede wszystkim komedia. I ja, jak już wspomniałem na początku, jestem tym faktem szalenie uradowany. W pewnym sensie najbardziej podoba mi się właśnie bezczelność tego filmu. Cregger nie próbuje nadać „Resident Evil” drugiego dna tylko dlatego, że współczesne kino gatunkowe niemal obsesyjnie poszukuje znaczeń ukrytych pod powierzchnią. Nie dostajemy tutaj historii o chciwej korporacji jako metaforze późnego kapitalizmu. Nie jest to też panegiryk do heroizmu w czasach totalnego chaosu. Nie ma wielkiej filozoficznej przypowieści o naturze człowieka. I całe szczęście. Resident Evil Creggera nie ma drugiego dna. Jego bohater jest płaski jak kartka papieru, a jedyny emocjonalny wtręt jest do cna banalny. Tylko że film doskonale zdaje sobie z tego sprawę. To nie jest wada, którą próbuje się zamaskować. To część przyjętej konwencji.
To po prostu opowieść o gościu, który miał naprawdę zły dzień w pracy, a cały świat zdaje się być przeciwko niemu. A my po prostu siedzimy i śmiejemy się z tego, jakie kolejne kłody zostaną rzucone pod jego nogi. I być może właśnie tego potrzebowałem od Resident Evil. Nie kolejnego filmu, który będzie próbował wmówić mi, że oglądam wielką, przełomową sagę o końcu świata. Nie kolejnej historii, która będzie śmiertelnie poważnie traktowała laboratoria Umbrelli, wirusy, mutanty i kolejne korporacyjne spiski. Chciałem filmu, który spojrzy na ten cały cyrk, wzruszy ramionami i powie: dobra, skoro już tu jesteśmy, to zobaczmy, jak bardzo możemy to wszystko rozpierdolić. I Cregger robi to zaskakująco skutecznie. Co więcej, jego podejście pokazuje coś, o czym kino grozy chyba zbyt często zapomina: horror nie zawsze musi być traktowany z nabożną powagą, żeby działał. Czasami największą frajdę daje właśnie świadomość, że oglądamy coś kompletnie niedorzecznego. Gatunek nie traci przez to swojej wartości. Przeciwnie, może dzięki temu odzyskać pewną swobodę, której współczesnym horrorom coraz częściej brakuje.
Oczywiście można zarzucić filmowi brak głębi, nierówność, banalność emocjonalną czy fakt, że momentami zdecydowanie bliżej mu do komediowego widowiska niż horroru. Tylko że dla mnie są to argumenty trochę chybione, jeśli założymy, że Cregger od początku dokładnie taki film chciał nakręcić. Nie każdy Resident Evil musi być dla każdego. Fani oczekujący wiernej, mrocznej adaptacji mogą odbić się od tej wersji równie mocno, jak ci, którzy nie przepadają za mieszaniem horroru z absurdalnym humorem. Ale jeśli zaakceptujemy reguły gry, Cregger oferuje coś, czego w tej serii zdecydowanie brakowało, bezpretensjonalną, krwawą i autentycznie zabawną jazdę bez trzymanki. I chyba właśnie dlatego bawiłem się tak dobrze. Bardzo, bardzo polecam wycieczkę do kina. Jeśli podejdziecie do tego Resident Evil bez oczekiwania, że Zach Cregger stworzy nowy horrorowy klasyk albo wierną ekranizację gry, możecie dostać jeden z najbardziej bezczelnie rozrywkowych filmów gatunkowych tego roku.
Oryginalny tytuł: Resident Evil
Produkcja: Czechy/Francja/Niemcy/USA, 2026
Dystrybucja w Polsce: Tylko hity
Nie znam się na niczym, ale chętnie dorzucę swoje trzy grosze!

