
To jeden z najlepszych filmów, jakie powstały w tym stuleciu. Serio. Miłość, śmierć i dojrzewanie na Camp Miasma to jeden z tych seansów, po których człowiek wychodzi z kina z poczuciem, że właśnie obejrzał coś absolutnie wyjątkowego. Coś, co nie tylko bawi się konwencją, ale przede wszystkim przypomina, dlaczego w ogóle zakochaliśmy się w kinie.
Już nawet nie chodzi o to, że Jane Schoenbrun w inteligentny, twórczy i jakże czuły sposób dokonuje dekonstrukcji gatunku, jakim jest slasher. To po prostu esencja miłości do filmu jako sztuki, w najpiękniejszy sposób przeniesiona na ekran. Jest tutaj ogromna świadomość gatunku, ale jednocześnie ani przez chwilę nie czuć, że twórczyni próbuje popisywać się własną wiedzą. Wszystko podporządkowane jest emocjom i temu, co chce za pomocą kina powiedzieć.
Główną bohaterką filmu jest Kris Williams (Hannah Einbinder), 29-letnia niezależna filmowczyni, która otrzymuje zadanie napisania i wyreżyserowania rebootu kultowego i fikcyjnego zarazem slashera Camp Miasma. Kris podchodzi do projektu z ogromnym zaangażowaniem, ponieważ sama jest wielką fanką oryginału. Chcąc nadać nowej wersji odpowiednią autentyczność, postanawia odnaleźć Billy Presley (Gillian Anderson), gwiazdę pierwszej części.
Billy od lat pozostaje poza światem Hollywood. Po sukcesie Camp Miasma wycofała się z życia publicznego i zamieszkała samotnie na odludziu, na terenie, gdzie przed laty kręcono oryginalny film. Kris wyrusza więc na północny zachód Stanów Zjednoczonych, licząc, że uda jej się przekonać dawną gwiazdę do powrotu przed kamerę. Spotkanie dwóch kobiet staje się jednak czymś znacznie ważniejszym niż zwykłą rozmową o udziale w filmowym reboocie.
Z jednej strony mamy młodą twórczynię próbującą na nowo opowiedzieć historię, która od dawna fascynuje ją jako widzkę, z drugiej, kobietę będącą żywym reliktem minionej epoki kina. Ich relacja szybko zaczyna zacierać granice między filmem a rzeczywistością, przeszłością a teraźniejszością oraz tym, co oglądamy na ekranie, a tym, czego sami pragniemy. Schoenbrun wykorzystuje przy tym konwencję slashera nie tylko do opowiedzenia historii o grozie, ale również o fascynacji kinem, dojrzewaniu i odkrywaniu własnej tożsamości. Nie jest to jednak ani parodia, ani kino grozy tworzone „na poważnie”. To coś, co wychodzi dalece poza schematy korporacyjnych zachcianek i emanuje tym, czego tak desperacko próbuję szukać we współczesnych produkcjach, żywymi emocjami. Miłość, śmierć i dojrzewanie na Camp Miasma nie boi się być dziwne, czułe, momentami absurdalne i przede wszystkim szczere. Dzięki temu horror przestaje być tutaj wyłącznie narzędziem do straszenia, a staje się językiem, za pomocą którego można mówić o rzeczach znacznie ważniejszych.
A jeśli chodzi o liczbę poruszanych w filmie wątków, jest ona wręcz niepoliczalna. Od kwestii tożsamościowych, przez dosłowne szukanie sposobu na osłodę życia, aż po meta-komentarz dotyczący współczesnego Hollywood i jego jakże potrzebnej świadomości tego, co dla wielu wciąż sprowadza się do znienawidzonej „ideologii woke”. Schoenbrun nie podaje jednak tych tematów widzowi w formie wykładu. One po prostu istnieją w świecie filmu, naturalnie wynikając z jego historii, bohaterów i konwencji.
Gillian Anderson na ekranie emanuje taką magią, że aż dziw bierze, iż przez tyle lat tak mocno kojarzona była przede wszystkim Z archiwum X (1993-2002). Tutaj wystarczyło dać jej do zagrania kogoś, kto został napisany sercem. Anderson doskonale wpisuje się w szaleństwo tego filmu, a jej obecność jest kolejnym dowodem na to, że Schoenbrun doskonale rozumie, jak ważny dla tego rodzaju historii jest odpowiednio dobrany aktorski ciężar.
I takie właśnie Camp Miasma jest, pełne serca. To nie tylko seans obowiązkowy dla fanów kina siekanego, bo ci odnajdą się tutaj wygodniej niż w domu, ale również dla wszystkich tych, dla których kino jest czymś więcej niż tylko korporacyjną, wykalkulowaną papką. To film, który przypomina, że horror może być jednocześnie rozrywką, sztuką, komentarzem społecznym i bardzo osobistym doświadczeniem. Jeśli jeszcze nie widzieliście, to biegnijcie na seans. Czeka Was doświadczenie, które ma wielkie szanse na zmianę Waszego życia. A mówi się, że slashery nie mają głębi… Oj, film ten powalczy ze Świątynią kości o miano najlepszego filmu roku. I jeśli ktoś jeszcze zastanawia się, czy warto dać temu filmowi szansę, odpowiadam bez najmniejszego zawahania: warto. Bardzo.
Oryginalny tytuł: Teenage Sex and Death at Camp Miasma
Produkcja: Kanada/USA, 2026
Dystrybucja w Polsce: velvetspoon.pl
Nie znam się na niczym, ale chętnie dorzucę swoje trzy grosze!

