
A zawsze myślałem, że pójście do lasu z ekipą filmową i nakręcenie slashera, historii o tym, jak jakiś szalony morderca poluje na nieświadomych niczego turystów, nie jest takie trudne. Schemat stary, jak samo kino gatunku, powielany tak wiele razy, że można w nim przebierać jak w ulęgałkach, a sam w sobie nie wymaga jakichś specjalnych, twórczych kompetencji. Jak widać jednak, od czasu do czasu biorą się za niego ludzie, których zwyczajnie przerasta kompetentne opowiedzenie tak prymitywnej w swoich założeniach historii.
Opisywany tutaj film w reżyserii Jamesa Kondelika, twórcy kina raczej najniższych lotów, zakorzeniony jest we wspomnianym nurcie „siekanym”, jednak bardzo mocno czerpie również z wszelakiej maści thrillerów o survivalowym zacięciu. W sumie lakoniczny opis na serwisach internetowych sugeruje, że jest to jakieś przeredagowanie znanej historii o gościu, który utknął w skale podczas wspinaczki. Weźcie zatem 127 godzin (2010) i wymieszajcie go z Piątkiem trzynastego (1980). Wciąż mając na uwadze oczywiście to, jak nieporadnym warsztatem operuje Kondelik.
Po tragicznej śmierci rodziców Scott (Marshall Williams) i Ashley (Alexandra Essoe) próbują odbudować swoją relację i na nowo stać się kochającym rodzeństwem. Za namową swoich partnerów postanawiają spędzić wspólny weekend na łonie natury, z dala od codziennej rutyny, w nadziei na pojednanie i wybaczenie. Towarzyszący im Lars (Richard Harmon), ich sarkastyczny przyjaciel z dzieciństwa, wydaje się być jedyną osobą, która może zakłócić ten plan.
Ich spokojny plan nie przewiduje jednak spotkania z tajemniczym myśliwym (Randy Couture, były zawodnik UFC), który przemierza leśne szlaki w poszukiwaniu kolejnych ofiar. Naznaczony traumą brutalnego dzieciństwa mężczyzna zamienił polowanie w makabryczną sztukę. Zastawia śmiertelne pułapki, stąd ten absurdalnie prostacki tytuł filmu, i bezwzględnie tropi niczego nieświadomych turystów, którzy mają nieszczęście stanąć na jego drodze.
Po pierwsze i najważniejsze, a raczej niewybaczalne, Krwawa pułapka jest filmem nieprzyzwoicie wręcz nudnym, a historia, która spokojnie wystarczyłaby na trwający 10 minut krótki metraż, rozciągnięta została do prawie dwóch godzin. Przez ten snujący się w nieskończoność czas oglądamy głównie to, jak nasi niemrawi bohaterowie albo leżą w dole z kołkami, albo snują się wśród drzew mając gdzieś wszystkie oznaki tego, że gdzieś tam czai się rządny ich krwi szaleniec. W zasadzie nie ma tutaj komu i w czym kibicować.
Richard Harmon, znany między innymi z filmu Oszukać przeznaczenie: Więzy krwi (2025), jest jedną z niewielu postaci, które potrafią utrzymać naszą uwagę. Aktor wnosi do swojej roli naturalną charyzmę i sprawia, że jego bohater wyróżnia się na tle reszty obsady. Niestety, pozostali bohaterowie wypadają znacznie słabiej, sprawiają wrażenie obecnych jedynie po to, by posunąć fabułę do przodu, a ich charaktery nie zostały zbyt mocno rozwinięte. Niby wątek uwięzionego w dole Scotta, który doświadcza psychodelicznych wizji związanych z własną przeszłością, sugeruje jakąś głębie tej opowieści, ale finalnie nie ma to żadnego znaczenia.
To mógł być emocjonalny i poruszający wątek, jednak z czasem historia zaczyna zmierzać w stronę przesady i absurdu. I to kolejny powód, dla którego Krwawa pułapka okazała się dla mnie filmem dość nieprzyjemnym w odbiorze. Bo wiecie, lubię slashery, które są albo absurdalne i świadome swojej konwencji, albo podchodzą do swojej tematyki na poważnie. Tutaj film stoi w rozkroku, niby chce poruszać poważne tematy, ale jednak kiedy przychodzi do ukazywania ekranowej rzezi, to idzie w jakiś ugrzeczniony nonsens. O jakiejkolwiek kreatywności w kwestii uśmiercania swoich bohaterów przez Kondelika też możecie zapomnieć.
Ostatecznie film ten to tylko puste kalorie, niewnoszące nic zarówno w życie odbiorcy (nawet prostackiej rozrywki) czy w cały nurt slasher. Oglądanie go jest jałowe, nie angażując emocji na żadnym, nawet najbardziej podstawowym poziomie. A to już jest w pewnym sensie osiągnięcie! Jeśli już usilnie miałbym grzebać w nim za czymś, co mi się podobało, to pewnie wskazałbym na kreację mordercy. Mam jakąś słabość, kiedy na nieostrożnych turystów w leśnej dziczy poluje ktoś, kto widocznie potrafi sobie w niej poradzić. Daleko filmowi w tej materii do Rituals (1977) czy Krwawego biwaku (1983), ale scena, w której nasi bohaterowie trafiają na przyczajonego w koronach drzew dzikusa, jest nawet spoko. I tyle.
Oryginalny tytuł: Pitfall
Produkcja: Kanada/USA, 2025
Dystrybucja w Polsce: polsatboxgo.pl

