Z reguły nie chodzę na festiwale. Jest tam zbyt dużo ludzi, a do tego na ogół nie orientuję się w tych nowoczesnych zespołach. Wolę kameralne występy ze sprawdzonymi wykonawcami. Dlatego też nigdy nie byłem na OFF Festival, mimo tego, że odbywa się on blisko mojego miejsca zamieszkania.
W tym roku jednak poniekąd przypadkiem dowiedziałem się, że ma na nim wystąpić jeden z nielicznych współczesnych zespołów, jakie kojarzę i – co więcej – lubię, a mianowicie australijski Amyl and the Sniffers. Oczywiście początkowo wahałem się, czy wydawać pieniądze na ten szpas, zwłaszcza że tak naprawdę kojarzyłem tylko parę utworów grupy z Antypodów. Za sugestią tajemniczego przyjaciela postanowiłem jednak nabyć wejściówkę. Gdy nadszedł dzień koncertu, pełen obaw udałem się na miejsce spędu.

Spęd to dobra nazwa, ponieważ było tam zaiste sporo ludzia. Określenie spęd pochodzi z języka mojej matki i określa zbiorowisko ludzi na jakiejś dużej imprezie muzycznej. Zarówno widzów, jak i artystów. Idealnie zatem nadaje się przy tej okazji. Na szczęście miasto na czas takich wydarzeń uruchamia darmową linię autobusową na miejsce spotkania. Dostałem się tam w ten sposób i ja. Następnie musiałem przejść nieduży kawałek drogi do bram wejściowych.
Okazałem bilet i zostałem zaobrączkowany. Po wejściu na teren zacząłem się bez celu kręcić i obserwować ludzi, ponieważ do koncertu mnie interesującego pozostawała jeszcze godzina. Udało mi się dzięki temu załapać na wcześniejszy koncert Johnny’ego Marra. Był to bardzo miły występ miłego pana okraszony mieszanką jego solowych utworów oraz tymi bardziej znanymi z okresu gry The Smiths.
W końcu nadeszła ta chwila i na scenę wbiegli muzycy Amyl and the Sniffers z wokalistką na czele. Przy wrzawie publiczności, na którą składali się także innostrańcy. Znając twórczość kapeli, spodziewałem się, że ich występ będzie bardzo intensywny. I rzeczywiście moje przypuszczenia się spełniły. Nie było w ciągu godziny jego trwania momentów przestoju. Nie mają oni bowiem w swoim repertuarze takich pozycji. Od początku zatem ruszyli do ataku. A właściwie już przed koncertem, ponieważ w tle wyświetlany był napis nawołujący do czegoś. Nie zrozumiałem do czego, bo nie czytam po australijsku. Podobne elementy z różnymi przekazami pojawiały się także tu i ówdzie pomiędzy piosenkami. Ogólnie wokalistka Amy Taylor dość łatwo nawiązała kontakt z widownią, pytając się jej o różne rzeczy, np. jak się czuje.

Koncert jak wspomniałem, trwał równo godzinę. Nie było czasu na bisy. Udało się jednak zmieścić w tym czasie wszystkie, że tak powiem, najważniejsze utwory, czyli te najbardziej rozpoznawalne. Przynajmniej dla mnie. Nie zabrakło zatem Security i Guided by Angels. Występ zaś grupa zakończyła z przytupem, grając dwa swoje największe hity, czyli Hertz i Some Mutts (Can’t Be Muzzled). Przy każdym z tych utworów w publikę wstępowała jakby nowa energia. Tłum zaczynał wówczas żwawo podrygiwać. Ci bliżej sceny zaś wpadali w istny szał, stając się jakby jednym, wirującym organizmem. Miałem plan znaleźć się w środku tego młyna, jednak nie udało mi się tam dopchać. Być może miałem zbyt małą siłę przebicia. Dzięki tej sytuacji zrozumiałem, że w życiu trzeba jednak przepychać łokciami, bo nikt nie czyta nam w myślach i nie wie, czego chcemy. Dlatego też z terenu festiwalu oddałem się z pewnym takim niedosytem. Tajemniczy przyjaciel pocieszał mnie, że następnym razem będę lepiej przygotowany, ale szczerze nie wiem, kiedy Amyl and the Sniffers znów zagrają w naszym kraju. Pozostaje cieszyć się tym, co jest, a dostaliśmy muzyczne doznanie najwyższej jakości. Widowisko, które na pewno zostanie na długo w pamięci każdego słuchacza.

