Mam problem z polskim stand-upem

Stand-up – komediowa forma artystyczna w postaci monologu przed publicznością. W przeciwieństwie do kabaretu stand-up opiera się bardziej na charyzmie wykonawcy oraz kontakcie z publicznością niż na dopracowaniu każdego wiersza przedstawienia i wartości artystycznej. Artyści stand-upowi za główny cel stawiają sobie rozbawienie publiczności, przywiązują mniejszą wagę do kwestii artystycznych (piosenek i dekoracji znanych z kabaretów)” – tyle na temat stand-upu ma do powiedzenia wikipedia. Czym dla mnie osobiście jest stand-up? Kiedyś myślałem, że chwilową modą, dziś pewnym formatem rozrywkowym opartym na niskich lotów i próbie opisania otaczającego świata w sposób jak najbardziej przyswajalny dla publiczności. A że w 99% składa się on z wulgaryzmów, utrwalania stereotypów i obrażaniu się na poziomie, jaki ja pamiętam ze swojej podstawówki, oznacza, że żyjemy w społeczeństwie infantylnych, pozbawionych hamulców moralnych idiotów. Niestety.

Oczywiście tekst ten nie ma na celu obrażania entuzjastów takiej formy rozrywki, bo z autopsji wiem, że – parafrazując znane przysłowie – ilu ludzi, tyle rodzajów humoru. Zanim ktoś powie, że pisze to osoba z wiecznym kijem w dupie i nierozumiejąca, że coś może być tylko prymitywnym eskapizmem bez drugiego dna, śpieszę z wyjaśnieniem. Jestem osobą, której poprzeczka wyznaczająca granicę między śmiechem a żenadą zawieszona jest naprawdę nisko. Naprawdę, śmieszą mnie rzeczy proste, niekoniecznie smaczne i wyszukane. Przypadkiem zdarzyło się, że obejrzałem kilka według popularnych opinii “co lepszych” stand-upów. I szczerze? Nuda ulegała tylko pojawiającej się co rusz żenadzie.

Przykładowo, taki Pacześ to facet, którego żarty opierają się głównie na karykaturalnym prezentowaniu swojej popularności, a co za tym idzie pieniędzy, których kiedyś nie miał, a które dziś ma. To już nawet nie jest autoironia, tylko jawne plucie w twarz publiki, która stoi za sukcesem “artysty”, a którą ten zdaje się bagatelizować na rzecz samouwielbienia. Bo narcyzm wydaje się wpisany w ten sceniczny zawód, nawet jeśli nie potrafisz swoim żartem zamknąć katowickiego spodka jak wspomniany już Rafał Pacześ, to zawsze stawiasz się ponad innych. Stand-uperzy to tacy samozwańczy superbohaterowie, którzy zostali boską dłonią naznaczeni do rozśmieszania maluczkich. Wydaje im się, że ich żartobliwe obserwacje z życia codziennego są podszyte jakąś społeczną misją. No nie, to tylko infantylne próby zwrócenia na siebie uwagi i szukania moralnego usprawiedliwia czegoś, co moralnie akceptowalne nie jest. Wiele z gagów tych z rodzaju “z dnia codziennego” zaczyna się od tekstów “szedłem najebany” czy “po/przed/na melanżu”, sprowadzając humor do pijackiej opowieści, jaką wielu z nas słyszy praktycznie co weekend – za darmo!

A jeśli chcecie posłuchać podobnych tematów co te pojawiające się nader często w polskim stand-upie tylko w lepszym, autentyczniejszym wykonaniu, to polecam tego użytkownika:

Polski stand-up to również gra na taniej kontrowersji. Pamiętam, kiedy Europa mierzyła się z kryzysem uchodźczym, popularny komik Abelard Giza szybko podłapał, że jego mocniejsza opalenizna może być zapalnikiem do fali obrzydliwych, powielających stereotyp Islamisty-terrorysty żartów. Oczywiście rozumiem, że specyficzny i opresyjny klimat, jaki panuje w naszym kraju należy wyśmiewać, ale używając tej samej broni, co nasi oponenci szybko stajemy się do nich podobni. Bo ja już nie widzę różnicy w wyśmiewających środowisko LGBT czy osoby dotknięte niskorosłością, a łysym, podpitym Sebixem robiącym zadymę pod lokalnym kebabem. Oczywiście znajdzie się ktoś, kto powie, że mamy wolność słowa i skoro ktoś chce za to płacić, to czemu mamy mu tego zakazać? Ano nikt nie mówi o narodowym zakazie stand-upowoania, to raczej zwrócenie uwagi na to, że nawet tak “wyluzowane” środowisko może być katalizatorem tak toksycznych treści.

Inną, jeszcze gorszą i szkodliwą dla widza moim zdaniem formą, która wyrosła bezpośrednio ze stand-up jest roast. Jak wspomniałem, ilu ludzi, tyle poczucia humoru, ale naprawdę? Kogoś bawi tak trywialne i kloaczne obrażanie się nawzajem? W swojej internetowej karierze miałem okazję obejrzeć (fragmentarycznie) tylko dwa takie jarmarczne przedstawienia sceniczne, roast Kuby Wojewódzkiego oraz rapera Tego Typa Mesa. Sam jestem człowiekiem, który czasami lubi żart wytykający czy obnażający czyjąś słabość lub złą decyzję, ale to, że teksty typu “a jego stara to coś tam, coś tam” albo “no i ma spodnie wąskie jak jakiś pedał” mają poklask u publiczności świadczy tylko o tym, że wielki błąd popełniliśmy jako społeczeństwo.

Tak wiele mówi się o tym, że stand-up to lekarstwo na nowotwór, jakim dla polskiej kultury okazały się kabarety. Ale patrząc na to z boku, czym różni się stand-up od kabaretu oprócz tego, że ogranicza on (przeważnie do jednej) ilość osób występujących na scenie? Wiem, stand-up to monolog i jednocześnie dialog prowadzony z publicznością. Ja nie widzę różnicy, to wciąż ten sam januszowy, wąsaty poziom dowcipu, tylko bardziej świadomy tego, jak bardzo niskich lotów jest rozrywką.

I tak zamyka się koło, w którym widownia utrwala w swoim otoczeniu te wszystkich wypowiedziane na scenie schematy traktując je jako niewinną zabawę. 

Powyższy tekst nie ma ambicji jakiejś głębszej analizy problemu – tak samo jak opisani stand-uperzy (hehe). Nie odnoszę się również do macierzy tej formy rozrywki, czyli do Stanów Zjednoczonych, ponieważ zwyczajnie nie oglądam również tych produkcji, a nazwiska co popularniejszych gwiazd są mi kompletnie obce. Te kilka akapitów krytki powstało spontanicznie po tym, jak za poleceniem internetowych algorytmów zostały mi podsunięte pod nos fragmenty odcinków przodujących stand-upereów. Nikt nie ma prawa mówić nikomu, co ma go śmieszyć, a co nie. Ale analogicznie też nie miejcie problemu, że sam mam jakieś ale do (być może) Waszej ulubionej formy rozrywki, którą osobiście uważam za wyjątkowo toksyczną.

fot. Superexpress.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *