Droga bez powrotu. Geneza (2021)

Czekałem jak mało kto na nową, mającą przynieść potrzebne odświeżenie serii Drogę bez powrotu. Wiem, że uwielbiane przeze mnie dwie pierwsze części nie są dziełami wybitnymi, ale to właśnie na nich kuło się moje zamiłowanie do grozy i makabry. I szczerze powiem, kocham wręcz ten prosty schemat polujących na turystów kanibali mieszkających gdzieś głęboko w lesie.

Dlatego też scenarzysta rebootu serii Alan B. McElroy wpadł na genialny pomysł, aby wyciąć ten będący trzonem motyw zdziczałych mutantów-kanibali na rzecz normalnych ludzi izolujących się w ukrytej w górach małej społeczności. Naprawdę, poza jedną, dość symboliczną sceną niemającą dla całości żadnego znaczenia, nie mamy tutaj przedstawionego aktu spożywania ludzkiego mięsa. Wiem, każdy poprzedni film franczyzy miał dokładnie ten sam schemat, i fajnie, że twórcy postawili na coś nowego.

Niestety, twórcy razem ze swoimi bohaterami kompletnie pogubili się w lesie! Już sama konstrukcja filmu zdradza pewne braki warsztatowe filmu, pokazując nam ojca, który w małej mieścinie u stóp Appalachów szuka swojej zaginionej córki. Widz domyśla się, znając poprzednie części, co mogło spotkać dziewczynę i jej przyjaciół. I w rzeczywistości po części tak jest, jednak motyw rodzica desperacko szukającego dziecka w zamkniętej społeczności autochtonów zostaje tutaj ledwie liźnięty, a morał z niego płynący jest po prostu głupiutki.

Bo historia przedstawiona w Genezie – swoją drogą polski tytuł jest idiotycznie absurdalny, bo to żadna geneza czegokolwiek – niby jest prosta, ale próbując czegoś nowego, zaczyna się dławić i rzucać w bolesnych konwulsjach. Bohaterowie to wycięte z kartonu, zapewne wziętego z jakiejś hipsterskiej korporacji, pacynki, która stają się celem ataku tajemniczych ludzi noszących na sobie szkielety zwierząt.

Wyobraźcie sobie oglądanie przez prawie godzinę ludzi, których szczerze nie lubicie. Nie lubicie ich nie tylko za to, jak są napisani, ale również za to, że swoim aktorstwem nie różnią się zbytnio od mijanych przez siebie drzew. Zarówno po jednej, jak i drugiej stronie barykady wygląda to po prostu źle, jednak i tak kibicujemy tym, którzy są w stanie pozbawić życia tych nadętych młodzików.

Ale nie łudźcie się, nie znajdziecie tutaj tak pomysłowych czy ikonicznych scen pozbawienia życia jak w poprzednich częściach. Nie ma tu nic na miarę przebicia cycka podczas leśnego dolce vita czy akcji z drutem kolczastym z części pierwszej. Wszystko tutaj jest takie ugrzecznione, krew się niby gdzieś tam leje, ale nie za dużo, a rozłupanie czaszki kijem jest chyba szczytem możliwości ludzi, którzy pracowali przy charakteryzacji i efektach specjalnych. No dramat.

Do tego wszystkiego należy wspomnieć, że Geneza sili się na jakąś krytykę społeczną i zabawę stereotypami dotyczących biedniejszej części środkowych Stanów Zjednoczonych. Nie muszę chyba mówić, że przesłanie, jakie płynie z opowieści, jest żenujące, wręcz obraźliwe. Ale to zostawię już do Waszej interpretacji, bo naprawdę śmiech ustępuje tutaj tylko zażenowaniu i lekkiemu wkruwieniu.

I taka właśnie jest ta nowa Droga bez powrotu. To wciąż film o małym budżecie, ale z ambicjami zupełnego odwrócenia swoich wcześniejszych założeń. Co z tego, że twórcy zupełnie nie radzą sobie, a widzowie otrzymali dziwaczny, niezrozumiały bełkot, który całe szczęście można traktować jako wypadek przy pracy. Nie chce mi się więcej pisać, naprawdę nie ma o czym. Jeśli więc czujecie jakąś emocjonalną więź z serią, to omijajcie Genezę łukiem najszerszym z możliwych!

Oryginalny tytuł: Wrong Turn

Produkcja: Niemcy, 2021

Dystrybucja w Polsce: cineman.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *