Nikt (2021)

Czasami jakieś dzieło ma tak silny wpływ na całą popkulturę, że inni potrafią wyłożyć niemałą kasę na to, by go bezczelnie skopiować. Ba! Zatrudniają nawet do pracy tego samego scenarzystę, który napisał przebojowy pierwowzór. Co może z tego wyjść? Myślicie pewnie „eeee, odgrzewany kotlet”. No tak, Nikt to zdecydowanie pomidorówka ugotowana na wczorajszym rosole o nazwie John Wick.

Ale ugotowana tak, że twórcy, przyprawiając wszystko szczyptą humoru, potrafią podać nam talerz pożywnej potrawy tak, że (w moim przypadku) poprosimy o dokładkę. Bo choć można mówić o Nikt jako o kalce kultowego już w niektórych kręgach Johna Wicka, to sprawne oko wypatrzy kilka szczegółów i niuansów nadających dziełu autonomicznego charakteru.

Hutch Mansell (Bob Odenkirk) to nieco zbalzowany facet z sąsiedztwa pracujący jako księgowy w rodzinnym biznesie. Ma piękną żonę i dwójkę dzieci, dom na przedmieściach i kilka kijów do golfa. Pewnej nocy tę idylliczną sielankę przerywa dwójka rabusiów, którzy okradają bohatera i tak ze skromnego majątku. Poczucie własnej wartości Hutcha drastycznie spada…

Nikt zaczyna się trochę jak komedia o stereotypowej, znudzonej głowie rodziny, trochę jak superbohaterskie kino o narodzinach kolejnego herosa. Ale przez głupi splot wydarzeń dowiadujemy się, że Hutch to człowiek „z przeszłością”, ktoś, z kim naprawdę nie warto zadzierać. Dlatego też, kiedy popada w konflikt z szefem rosyjskiej mafii, wiemy, że prolog to tylko lekko ironiczny wstęp do właściwej części filmu.

Samotny bohater wyszkolony w każdej technice walki, tajemnicza organizacja przekazująca mu informacje, zemsta ruskiej mafii za skrzywdzenie członka rodziny jej szefa, ciągła kanonada ognia i latające wszędzie noże – no John Wick jak się patrzy! Wygląda to trochę tak, jakby scenarzysta Derek Kolstad nie umiał pisać innych filmów lub po prostu bał wyjść się ze swojej strefy narracyjnego komfortu. I jeśli mam być szczery, jest to jedyny zarzut, jaki żywić mogę do opisywanego filmu.

Pod każdym innym względem jest to z gracją poprowadzone kino akcji, takiej krwawej i czasami nieco przerysowanej – ale spoko, nikt nie zatrzymuje tutaj czasu jak w drugim Johnie Wicku. Nasz bohater o aparycji wycofanego tatuśka wygląda naprawdę pociesznie, mordując i strzelając przypadkowym strażnikom w głowy. Do tego nie mamy tutaj żadnej zemsty, bohater nie jest w żaden sposób przeklęty, ten szał mordu traktuje trochę jak rozrywkę i odtrutkę na szarość zwykłego dnia.

Przeciwnicy jak w grze komputerowej to totalne ameby intelektualne i pchają się pod ostrzał jeden po drugim, dlatego też liczba trupów na ekranie jest naprawdę imponująca! Do tego mamy naprawdę świetnie pomyślaną choreografię walk, a scena bójki w autobusie przechodzi do kanonu moich ulubionych mordobić w ogóle. I choć z początku może wydawać się, że Hutch nie będzie nieśmiertelną maszyną do zabijania, ten popis w komunikacji miejskiej okazuje się tylko rozgrzewką.

Nikt ostatecznie okazuje się odtwórczym, lecz naprawdę przyjemnym w odbiorze seansem. Duża dawka lekkiego humoru kontrastująca z brutalną akcją i wiecznie zamglona spokojem twarz Odenkirka to coś, co naprawdę pobudziło moje receptory odpowiedzialne za dostarczenie rozrywki. Czy będzie z tego sequel? Pewnie tak! Ja natomiast chciałbym, aby Hutch Mansell stanął przeciwko Johnowi Wickowi, a film okazał się niespodziewanym spin-offem!

Oryginalny tytuł: Nobody

Produkcja: USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: tylkohity.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *