Forced Entry (1973)

Początek lat 70. był dla raczkującego pornobiznesu swoistym poligonem doświadczalnym. Tanie, obskurne produkcje, w większości kręcone dzięki pieniądzom pochodzącym z przestępczego półświatka, szybko zalewały amerykańskie kina dla dorosłych. Młodzi, mało doświadczeni twórcy widzieli w nich nie tylko szansę na łatwy zysk, ale także pole na zabawę z konwencją.

Kiedy mniej ambitni, kręcili niezobowiązujące fabuły, będące pretekstem do inicjacji stosunku, inni starali się wykrzesać z tego gatunku odrobinę więcej, z różnymi skutkami. Tak właśnie powstały pierwsze roughies (podgatunek sexploitation, który wprowadzał do niewinnych pornosów elementy przemocy i sadyzmu, poruszając między innymi tematy porwań i wykorzystywania seksualnego), a jednym z najbardziej rozpoznawalnych przedstawicieli tego, co by nie mówić, osobliwego kina jest Forced Entry.

Napisany, a także wyreżyserowany przez Shauna Costello, Forced Entry uchodzi za jeden z najbardziej niepokojących i nieprzyjemnych filmów pornograficznych, jakie kiedykolwiek powstały. Osobiście ciężko jest mi się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, choć biorąc pod uwagę istnienie ciemnych otchłani internetu, jest dziś prawdopodobnie najlżejszym „dziełem” o takiej tematyce. Obraz Costello, który postanowił  zakamuflować się w napisach końcowych pod pseudonimem Helmuth Richler, opowiada o pracującym na stacji benzynowej weteranie wojny w Wietnamie. Mężczyzna korzystając z danych tankujących u niego kobiet, włamuje się do ich mieszkań, brutalnie je gwałci i morduje, przeżywając przy tym liczne, wojenne flashbacki.

Jednak odrzucając na bok całą okropną aktywność seksualną, jaką dane jest nam zobaczyć na ekranie, to co najbardziej zaskakuje w filmie Costella, to przedstawienie całej historii z perspektywy naszego seryjnego mordercy oraz to, jak zaskakująco dobrze reżyser zdecydował się zarysować jego portret psychologiczny.

Główny bohater jego filmu to z pozoru człowiek, na którego nikt z nas nie zwróciłby uwagi, jednak w środku to straumatyzowany weteran, w którym obraz wojny utkwił na tyle mocno, że w przypływach szału nie potrafi odróżnić wspomnień od rzeczywistości. Ameryka, jaką przychodzi nam oglądać to praktycznie „wyprana” z barw, brudna metropolia, gdzie zepsucie i przemoc dominują nad dawnymi wartościami. Nihilistyczny odbiór dzieła Costella potęgują sceny napaści, szczególnie ta, gdzie nasz psychopata dosłownie „zalewa” cały obiektyw, brukając widza i sprowadzając go do roli ofiary.

Harry Reems, odtwórca głównej roli, choć w żadnym wypadku nie należy do aktorów wybitnych, to za sprawą swojej mimiki i pustego wzroku, tępo podążającym za ofiarą, potrafi wyrwać widza z jego strefy komfortu, wzbudzając autentyczny niepokój. Sam Reems wyzna po latach w swojej autobiografii, że najbardziej żałuje wzięcia udziału w tym filmie. Jednak według mnie cichym bohaterem obrazu Costella są zdjęcia i ich montaż. Ciemne pomieszczenia, wszechobecne krzyki oraz stosunek, ciągle przerywany flashbackami z Wietnamu tworzą przerażającą mieszankę, która dosłownie „wryje” się w pamięć widza.

Ciekawą opinią, na jaką udało mi się trafić, przeglądając internet i książki w poszukiwaniu informacji o filmie, jest ta Roberta Cettla dla Forced Entry: Serial Killer Pornography as Patriarchical Paradox. Ocenia on jego rolę jako kluczową w historii amerykańskich filmów o seryjnych mordercach, omawia też przewrotność wobec amerykańskiego patriarchatu „poprzez zwrócenie uwagi na paradoks związany z hegemoniczną męskością” oraz to, jak reżyser zamienia pornografię w „świadomy dyskurs polityczny”, argumentując, że film krytykuje patriarchalną reakcję na feminizm drugiej fali.

Dziś Forced Entry, to zapomniany, przepełniony brutalnością obraz, który w moim mniemaniu stał się inspiracją (skupiając się jedynie na sposobie prowadzonej narracji) dla, chociażby Williama Lustiga i jego legendarnego już Maniaka. Seans dla widzów o naprawdę mocnych nerwach!

Oryginalny tytuł: Forced Entry

Produkcja: USA, 1973

Dystrybucja w Polsce: BRAK

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.