Hawkeye (2021)

W tegoroczne święta Bożego Narodzenia postanowiłem sobie, że dam mojej głowie odpocząć. Przez trzy dni nie oglądałem i nie czytałem żadnych rzeczy, zwłaszcza tych związanych z tym szczególnym okresem. A czemu tak zapytacie? Bo tuż przed 24 grudnia skończyłem oglądać dostępny na Disney+ serial Hawkeye, osadzony w kochanym przeze mnie kinowym uniwersum Marvela. I jeśli jeszcze nie wiecie, jaki wydźwięk będzie miała ta recenzja, to mówię od razu – zakochałem się w tym dziele!

Dla mnie Hawkeye zawsze wyjątkowo pasował do Marvel Cinematic Universe. Hawkeye i jego przyjaciółka, Czarna Wdowa, są jedynymi członkami Avengers, którzy nie mają jakiejś supermocy, nie są kosmitami czy dopakowani technologią geniuszami. Dlatego też cieszę się, że serial ten wprowadza nam kolejną, bardziej ludzką postać, która zamiast strzelać laserem z oczu, polegać musi na fizycznym treningu, pracowitości i nie ukrywajmy, szczęściu.

Dlatego też odcinek otwierający cały serial zaczyna się od widoku młodej Kate Bishop – granej później przez Hailee Steinfeld – podziwiającej, jak Hawkeye rzuca się z budynku i strzela strzałami w kosmitów. Ma to miejsce oczywiście w trakcie ataku na Nowy Jork znanego z pierwszej części Avengers (2012). Widok ten wystarczy, by zasiać w młodej dziewczynie ziarno, które w przyszłości wyrośnie na dziedziczkę słynnego łucznika. Zaczyna więc trenować łucznictwo, gimnastykę, sztuki walki i tak dalej, i tak dalej.

Wiele lat później znów lądujemy w Nowym Jorku, a Clint „Hawkeye” Barton (Jeremy Renner) chce tylko do swojej rodziny na Boże Narodzenie. Wydaje się to takie proste, prawda? Wszystko się zmienia, gdy w mieście pojawia się strój Ronina, a w jego życiu Kate Bishop. Po prostej linii, przez mafię dresiarzy i polującą na głównych bohaterów Czarną Wdowę, trafiamy na większy spisek, na czele którego stoi pewien łysy i wielki jegomość znany już z innych seriali sygnowanych logo Marvela.

Chociaż Clint przewinął się przez takie filmy jak Thor (2011) czy wspomniane Avengers, tak naprawdę nie poznaliśmy go bliżej aż do czasu Avengers: Czas Ultrona (2015). Kolejne filmy tylko pomagały w budowaniu jego postaci i doprowadziły nas do miejsca, w którym jesteśmy teraz. Clint nie ma żadnych supermocy, więc musi polegać na swoich naturalnych umiejętnościach. To właśnie odróżnia go od innych kolegów z wyjątkiem, jak zresztą też już wspomniałem, Natashy Romanoff. Nosi funkcjonalne kurtki, wygodne buty, jest ojcem trójki dzieci, a nawet ma aparat słuchowy. Jest Johnem McClane’em tego serialu, choć uzdolnionym, to jest jednak normalnym facetem, który znalazł się w niewłaściwym miejscu we właściwym czasie.

Podczas pięcioletniego okresu mroku, po pstryknięciu Thanosa, Clint przeszedł na ciemną stronę i stał się Roninem. Jak rozwiązać ten problem, gdy wszyscy wrócą? To jest coś, na co głównie liczyłem, zasiadając do serialu. Czy zostałem w pełni zaspokojony? Nie wchodząc w spoilery, powiem tylko, że liczyłem na coś bardziej „epickiego”. Ale z drugiej strony spoko, że dostaliśmy bardzo przyziemną historię, bo takowa po prostu pasuje do bohatera. Nie spodziewałem się tutaj walki z kosmitami czy bestiami z innego wymiaru, a ulicznej naparzanki i jakieś konspiracji na szczycie lokalnej władzy. I dokładnie to dostałem.

Jestem również zauroczony Hailey Steinfeld, która od razu przemawia do mnie jako Kate Bishop, ambitne dziewczę zafascynowane Hawkeyem. Para ta tworzy naprawdę zabawny duet z przyjemnym przekomarzaniem się i już sam finał sezonu sprawia, że ​​warto sprawdzić ten serial. A to w nim pojawia się właśnie uwielbiany przez fanów Wilson Fisk aka Kingpin, grany przez genialnego Vincenta D’Onofrio odwarzającego tę samą rolę w serialu Daredevil (2015-18) od Netflix. No i nie wspomnieć nie mogę o naszym rodaku, papieżu Polaku Piotrze Adamczyku, który nie dość, że wprowadza jakiś taki swojski vibe („we kidnapped you rozumiesz?”), to jest go tutaj zaskakująco dużo! Serce puchnie, a Mazurek Dąbrowskiego leci w tle.

Sumując wszystko do kupy, Hawkeye to kolejny strzał w dziesiątkę (heh) od studia Marvel. Nie tylko wprowadza w elegancki sposób całą paletę nowych postaci, ale oddaje należny szacunek tym już poznanym. Lekko i przyjemnie, w sam raz na Święta. A te tutaj nie są tylko tandetną scenografią, a nadają historii wagę i niepowtarzalny klimat. I wiecie co? Na tę chwilę jest to zdecydowanie mój ulubiony serial z tej stajni. Taka krótka piguła, która wchodzi bez przepitki i naprawdę rozgrzewa serce niczym treściwy kieliszek.

Oryginalny tytuł: Hawkeye

Produkcja: USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.