Świat oszalał (1987)

Wielka wojna spustoszyła świat swoim nuklearnym oddechem, słońce zmieniło krajobraz w niegościnną pustynie, a niedobitki ludzkości rozsiane po małych osadach starają się przetrwać walcząc o każdą kroplę wody. Z jednej strony brzmi to, jak scenariusz dla naszej cywilizacji na najbliższe 50 lat, z drugiej jak praktycznie każda postapokaliptyczna historia z drugiej połowy XX wieku. A właśnie jednym z jej przedstawicieli jest mający swoją premierę w 1987 roku Świat oszalał.

W sumie taki tytuł idealnie oddaje charakter tego filmu, bo przedstawiony w nim świat zarysowany jest naprawdę grubą kreską. Od hipisowskiej komuny, która zmierzyć się ma z bandą paramilitarnych fanatyków czczących Charlesa Mansona, przez zdziczałych kanibali, na glam-rockowych pojedynkach na śmierć i życie ku uciesze gawiedzi kończąc. Świat oszalał przypomina jakiegoś zwariowanego, pobocznego questa z dwóch pierwszych części kultowej gry Fallout!

Świat oszalał w najprościej jednak nazwać B-klasową podróbką archetypicznego filmu Siedmiu samurajów (1954) Kurosawy. Tutaj też mamy opowieść o małej społeczności, która w akcie desperacji zwraca się do grupy lokalnych zabijaków i pod przewodnictwem hipsterskiego Bruce’a Derna (gościa znanego choćby z filmów Rogera Cormana) uczy się bronić swojego. W ruch idą karabiny, miecze, dynamit, jadowite węże i skorpiony – klasyka pustynnych batalii.

I wszystko, co do tej pory napisałem, brzmieć może naprawdę zachęcająco. Jednak ostatecznie Świat oszalał to dziwaczne i nieco pokraczne dzieło, które za bardzo nie wie, w którą stronę chce pójść. Bo wiecie, opięcie wszystkich pasów i jazda bez trzymanki po nuklearnym pustkowiu też musi znać swój kierunek! A Lee Katzin, twórca, który w 1970 nakręcił intrygujący The Phynx, chce złapać za dużo skorpionów za odwłok. Dlatego też przypomina to przechadzkę po galerii osobliwości, do której doszyto usilnie, ogarną ze wszech miar, historyjkę.

Osobiście chciałbym więcej wchłonąć tego świata, bo jego szalona i przerysowana wizja naprawdę intryguje. To okrutny wręcz kicz, ale taki pocieszny! Cały czas miałem przekonanie, że przy produkcji tego dzieła maczała palce wytwórnia kina klasy Z Troma. Dlatego po wjechaniu na ekran napisów końcowych czułem spory niedosyt, łaknienie tego, aby twórca nakarmił mnie jeszcze trochę swoją wizją. Na początku filmu znajdziemy fajne ujęcie, kiedy nad szczyt pagórka wznosi się wojskowy helikopter. Co dziwne jednak jego śmigła pozostają w spoczynku. Kiedy maszyna w końcu ukazuje nam się w pełnej krasie, okazuje się, że jest ona ciągnięta po ziemi przez pojazd gąsienicowy z czasów II Wojny Światowej. I takich rzeczy po prostu chciałbym więcej!

W zasadzie ciężko mi polecić komukolwiek ten film, bo jest to na tyle niewykorzystany potencjał, że nie zadowoli praktycznie nikogo. Jedynie zagorzali fani B-klasowej pulpy będą w stanie wyłuskać te wszystkie drobne rzeczy z pustyni (heh) nijakiego piachu. Jak już pisałem wcześniej, seans zakończył się moim sporym rozczarowaniem, a szkoda, bo to chyba najbliższa wspomnianego Fallouta wizja epoki post-nuklearnej. Cała reszta widzów zapewne odbije się od tego dzieła, gdyż lepszych pozycji na ten temat jest naprawdę sporo.

Oryginalny tytuł: World Gone Wild

Produkcja: USA, 1987

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.