Thor: Miłość i grom (2022)

Nie chce znów zaczynać kolejnej recenzji filmu Marvela od słów „czekałem jak głupi”, ale… no czekałem na nowego Thora bardzo. Po fantastycznym moim zdaniem Ragnaroku z 2017, Taikia Waititi dostał u mnie, i u milionów widzów, ogromny kredyt zaufania. W końcu ktoś wykrzesał z tego umięśnionego, kosmicznego Wikinga to, co nie udało się w poprzednich filmach – emocje i uczucia. Oczywiście do tego podlał to wszystko solidną dawką autorskiego humoru i odniesień do innych tekstów kultury.

Wydarzenia z filmu Avengers: Koniec gry (2019) zostawiły naszego bohatera w ciekawym punkcie. W końcu odzyskał on resztki wiary w siebie, znalazł cel i ekipę w postaci Strażników Galaktyki. I właśnie chwile po tym zaczyna się historia przedstawiona w Miłość i grom. Thor (Chris Hemsworth) i Korg (głos Waititiego) galopują po wszechświecie ze Strażnikami, bóg piorunów wykonuje wiele heroicznych postaw (i niszczenia mienia), pozostając nieco z boku z powodu złamanego serca.

Kobieta, która złamała to serce, astrofizyk Jane Foster (Natalie Portman), ma własne problemy, ponieważ przechodzi obecnie chemioterapię raka w czwartym stadium. Wracając do Nowego Asgardu, który jest teraz na Ziemi, emerytowana wojowniczka Valkyrie (Tessa Thompson) zaciska zęby, znosząc biurokrację i zajęcia związane z rządzeniem skandynawską wioską dla wysiedlonych Asgardczyków. Ich losy przeplatają się, gdy Gorr (Christian Bale) porywa dzieci z Nowego Asgardu, aby zmusić Thora do podróży do królestwa cieni. Resztę fabuły zostawiam już Wam.

Nowy Thor idzie drogą Czarnej Pantery (2018), starając się nam powiedzieć, że główny zły może mieć rację. Jest to w zasadzie film o rozpaczającym ojcu dosłownie pochłoniętym nienawiścią do wszechświata, w którym bogowie unikają swoich obowiązków wobec ludzkości, a silna kobieta musi dokonać wyboru między hospitalizacją, a krótki życiem w pełni (dosłownie) piorunującej siły. Co najlepsze, produkcji tej udaje się jakoś dźwignąć ten ciężar pośród napakowanych „fajnością” jednolinijkowych dialogów i całej tej estetyki heavy-metalu z naciskiem na zespół Guns N’ Roses.

Najgorzej wypada chyba usilnie wepchnięty, choć fajnie zmontowany, moment retrospekcji romansu Thora i Jane. Jest zwyczajnie niepotrzebny i służy nieco za watę wypychającą film. Oberwało się to pokochanym przez fanów postaciom jak Korg czy Valkyrie, które tutaj są widocznie zepchnięte na drugi plan. Osobiście myślałem również, że więcej na ekranie zobaczymy Strażników Galaktyki, ale w końcu nie jest to film o nich, a o Thorze. A to właśnie trio Thor, Jane, Gorr stanowi tutaj fabularny trzon. Czy jest to zatem film bardziej kameralny? No właśnie nie, bo jednak ten rozrywkowy ton nadaje całości bardzo szybkie tempo.

Trudno też nowemu dziełu powtórzyć magię, jaką roztaczała wokół siebie część poprzednia. Ale moim zdaniem zawinił tutaj chyba scenariusz, który zwyczajnie gna na złamanie karku i brakuje mu czasu na odpicowanie wielu elementów składających się na film. Nawet jeśli Taikia miał tutaj większą władzę na swym dziełem, Miłość i grom wydaje się bardziej konwencjonalnym filmem Marvela, niż swój poprzednik. Innymi słowy, film ogląda się jak kolejne dzieło MCU, bez większego podniecenia. Bo wiecie, nawet sceny bardziej poważne są tutaj podszyte humorem, tak, jakby twórcy chcieli mieć bezpieczny wentyl w razie niezrozumienia ich przez widownie.

A humor jakoś wyjątkowo mi tutaj podszedł. Jest typowy dla reżysera, świadomie żenujący i momentami prawie tak błyskotliwy, jak w przypadku Ragnaroku. Wrzeszczące ludzkim głosem kozy były zabawne, odniesienia do zespołów metalowych również, nawet ten będący na trzecim planie Korgg potrafił rozśmieszyć! Dlatego też nowy Thor spełnia się jako niezobowiązująca rozrywka, zwłaszcza, że pod względem czystego widowiska to najwyższa klasa. Efekty specjalne są cudowne, design niektórych planet (jak ta pogrążona w czerni i bieli) zachwycają, a montaż obrazu z muzyką naprawdę sprawia, że widz czuje się jakoś tak lepiej.

Jest w tym wszystkim jednak jakaś niezobowiązująca, czysta frajda. To taki film, który idealnie nadaje się na seans z kubłem popcornu i coca-coli w letni wieczór. Nie zdradzając fabuły, zmienia on trochę status niektórych postaci Marvela, jednak są to zmiany naprawdę nic nieznaczące. Choć spodziewałem się większej rewolucji, z kina wyszedłem usatysfakcjonowany. Najłatwiej porównać mi Miłość i grom do takiego wypasionego, dobrze zrobionego burgera, doprawionego autorskim sosem. Nie jest to jednak danie na miarę rewolucji kuchennych.

Oryginalny tytuł: Thor: Love and Thunder

Produkcja: USA, 2022

Dystrybucja w Polsce: disney.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.