Diuna: Część druga (2024)

Diuna Denisa Villeneuve wyrosła na naszych oczach na jedną z najbardziej pompowanych franczyz science-fiction współczesnej popkultury. Po wielkim wydarzeniu, jakim okazała się część pierwsza, chyba wszyscy nieco mocniej zajawieni w kino czekali na sequel. Bez względu na to, czy film się podobał, czy nie, ciekawość brała górę. Mi się jedynka podobała, więc naturalnie czekałem na jej kontynuację, czując się niejako wykluczony z pop-banieczki, kiedy nie kupiłem biletu na oficjalną premierę. Ale byłem w kinie i po bożemu zaliczyłem drugą Diunę. Warto było czekać?

No pewnie, że warto, bo jest to jedno z najpełniejszych doświadczeń kinowych, jakie pewnie zaliczymy w tym roku. Villeneuve zrobił rzecz niesamowitą, sprawił, że gapienie się na jałową pustynię fascynuje i chce chłonąć ten świat po każdym ziarenku piasku. Każdy seans w domowym zaciszu, choć nie wiem, jak dobrym sprzętem dysponujecie, nigdy nie odda tego, co kinowa sala. Szkoda tylko, że film ten jest w zasadzie prawie trzygodzinną prezentacją tapet i wygaszaczy ekranu. Tak, powiem to szczerze i z pełną odpowiedzialnością, scenariusz Diuny 2 jest zwyczajnie słaby.

Historia zaczyna się w momencie, w którym zakończył się pierwszy film. Paul Atryda (Timothée Chalamet) wraz z matką Jessiką (Rebecca Ferguson) dołącza do grupy Fremenów, quasi arabskiego ludu zamieszkującego niegościnną, pustynną planetę Arrakis. Przepowiedziane jest mu zjednoczenie i poprowadzenie mieszkańców wydm ku wojnie przeciwko Imperium i podległemu mu rodowi Harkonnenów. Dlatego też pierwsza połowa filmu zajęta zostaje przez stopniowe zdobywanie zaufania autochtonów, uczeniu się ich zwyczajów i zaognianiu się konfliktu na linii radykałów oraz tych mniej wierzących.

Po tym wszystkim następuje dziwne cięcie, fabuła przeskakuje w czasie i przestrzeni, a scenariusz wciąga kreskę melanżu i gna na złamaniu karku do obowiązkowego, ostatecznego pojedynku, gdzie na szali stanie tron Imperatora. W międzyczasie poznajemy również drugiego bratanka Barona, psychopatycznego Feyda Rautha (Austin Butler) i córkę Imperatora, Irulan (Florence Pugh). Tylko że to postacie w zasadzie tła, wyglądające fajnie fantomy mające na celu pojawić się w konkretnym celu i stanąć na resztę filmu w cieniu. Cała intryga zakręcona jest wokół Paul i jego freemenskiej kochanki Chani (Zendaya).

Scenariusz drugiej Diuny wydaje się wręcz fanfikiem względem tego, co Villeneuve zaserwował nam w 2021 roku. Zamiast logicznego wprowadzania nowych nam postaci, dawania im odpowiednio dużo czasu, by nawiązać z widzem nić sympatii, tutaj wszystko jest szybkie, grubo cięte i zwyczajnie spłycone. Ciężko jest nam zrozumieć, jaki cel w całej historii ma księżniczka Irulan, przez większość czasu nie wiemy, czy Rauth jest rzeczywiście takim dobrym wojownikiem, czy to jedynie fasada, a grany przez Dave’a Bautistę Rabban jest postacią wręcz komiksowo żałosną. Więcej tutaj blockbusterowej umowności aniżeli nieco poważniejszego konstruowania narracji.

Widać to również po koncepcie świata przedstawionego, który mocno wyhamował ze swoją wyjątkowością. W pierwszej części fascynowało mnie wszystko, każda planeta, wszystkie te maszyny czy dziwaczne zwyczaje zamieszkujących kosmos ludzi. Tutaj, oprócz dość krótkiego pobytu na Giedi Prime – rodzinnej planecie Harkonnenów – wszystko jest takie, hmm, przeciętne? Zwyczaje, stroje czy otoczenie Fremenów jest kalką ziemskiego, Sardrukarzy stracili coś ze swojej upiorności, a żołnierze Barona poruszają się, komunikują i walczą jak tradycyjne oddziały amerykańskiej piechoty. Zapomnijcie zatem o fallicznych statkach kosmicznych czy zanurzonych w tradycji mrocznego fantasy komnatach Bene Gesserit. Niestety, obok szalonej wizji Lyncha to nawet nie stało, nie wspominając już o planach Jodorowsky’ego.

Mimo że tak narzekam i narzekam, druga Diuna mnie szczerze rozczarowała, tak muszę powiedzieć, że potrafię jej to wybaczyć ze względu na jedną rzecz – to środkowy film planowanej trylogii i w tym ujęciu sprawia on wrażenie całkiem kompetentnego wypełniacza. Najmocniejszy, najbardziej emocjonujący i inteligentnie rozegrany moment ma miejsce w finale filmu, kiedy to pionki na planszy zostają rozstawione w naprawdę interesujący sposób. Tyle że to tylko zapowiedź tego, co dopiero nadejdzie, a film jako dzieło autonomiczne wydaje się po prostu pozbawioną większego sensu nawalanką między tymi dobrymi, a skrytymi w mroku złymi. Liczyłem na Imperium kontratakuje, dostałem trochę Skywalker. Odrodzenie.

Diunę 2 ratuje tylko jej stojąca na najwyższym poziomie estetyka i przejmujący epilog. Cała reszta to tylko nawalanka, szybko cięta i w sumie wiejąca jakąś jałową pustką. Nie wiem, na ile jest to wina samego twórcy, na ile rządnego pieniądza studia, które wymusiło na projekcie spłycenie go na potrzeby docelowej grupy wyplutej przez Excel. Film jak ten pustynny czerw, długi, poznaczony bliznami od noża, może na pewnych odcinkach nudny, ale w szerszej perspektywie majestatyczny. Kino, ale takie bardziej do popcornu niż późniejszych dyskusji i analiz.

Oryginalny tytuł: Dune: Part Two

Produkcja: USA/Kanada, 2024

Dystrybucja w Polsce: WarnerBros.pl

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *