Strefa interesów (2023)

Strefa interesów leżała w mojej prywatnej strefie interesu od kiedy tylko padły jej pierwsze zapowiedzi. Paradoksalnie jako osoba, która stroni na co dzień od wszelkich tekstów kultury odnoszących się do tragedii Holocaustu, był to jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów tego roku. A wszystko to za sprawą nazwiska twórcy, Jonathana Glazera, którego osobiście wielbię nabożną czcią dzięki jego arcydziełu Pod skórą z 2013 roku. Wiedziałem, że jeśli ten człowiek zabierze się za ukazanie nam tragedii obozów koncentracyjnych, będzie to przeżycie ultymatywne. Nie myliłem się, stety/niestety.

Niestety, bo film ten trafił do mojej specjalnie zapieczętowanej szuflady z tytułami, które kocham, ale które zmieniły moją emocjonalną strukturę do tego stopnia, że nie mam ochoty już nigdy do nich wracać. Dziwnym trafem znajdują się tam głównie historie traktujące o zbrodniach z okresu II Wojny Światowej, jak arcygenialne Idź i patrz (1985) Klimowa. Strefa interesów gra dla mnie na podobnych tonach i jako dzieło zdecydowanie artysty, nie rzemieślnika, potrafi te akordy wznieść na taki poziom, że podczas seansu dosłownie przewracało mi się w żołądku. Z żalu i przykrej kontemplacji nad ludzkim gatunkiem.

Już od pierwszych minut film Glazera robi z naszym mózgiem to, co wspomniane już Pod skórą. Zaczynając od kontemplacyjnej ciemności z przeszywającą muzyką w tle, wchodzimy w ten świat w absolutnej ciszy, rozerwanej po chwili kanonadą cykających świerszczy i śpiewających ptaków. Widzimy ludzi spędzających czas nad jeziorem, kąpiących się i bawiących. Są dorośli i dzieci. Z tego idyllicznego obrazka zostajemy przeniesieni wprost do piekła. Choć faktyczne miejsce kaźni schowane jest za wysokim murem, stanowi nierozłączny element krajobrazu rezydencji Rudolfa Hössa (Christian Friedel) – komendanta KL Auschwitz-Birkenau.

Film zapuszcza się do obozu tylko na jedno, krótkie ujęcie. Przez cały seans jesteśmy karmieni jedynie sugestiami dziejącej się tragedii, szczekaniem psów strażniczych, okazjonalnych wystrzałów, syku komina, który widać w oddali, łuny ognia oraz dymu i sadzy, gdy palą się ciała zamordowanych więźniów. Na pierwszym planie jest słonecznie i domowo, pies rodziny radośnie pragnie zabawy, gdy ta celebruje urodziny Rudolfa, matka jego żony odwiedza ich na weekend, a dzieciaki spędzają czas w przydomowym basenie. Popiół zostaje rozsypany pod uprawiane warzywa przez więziennych robotników, a polskie służki z przestraszoną miną krzątają się po kuchni i salonie.

Strefa interesów jest filmem, który wymaga od nas pełnego skupienia, więc kino jest dla niego środowiskiem naturalnym. To dzieło złożone z małych elementów, które tylko w korelacji ze sobą potrafią dać nam ten piorunujący efekt. Oglądanie rodziny Hössów w ich naturalnym środowisku przypomina trochę patrzenie na mrówki w formikarium. Z każdą kolejną minutą zapominałem, że patrzę na ludzi jako ludzi, a bardziej łapałem się na tym, że z zapartym tchem śledzę życie jakiegoś nieznanego mi gatunku. Ale taki chyba był zamiar Jonathana Glazera, dać nam perspektywę pozwalającą się odciąć na czas seansu od własnego człowieczeństwa. A przecież bohaterowie jego filmu robią, to co my. Jedzą, spędzają miło czas i stawiają czoła własnym słabościom. Tylko tyle, że wyjście do pracy oznacza tutaj skazanie na śmierć tysięcy niewinnych ludzi dziennie.

Holocaust ma zatem bardzo zinstytucjonalizowaną formę. Wygląda to wręcz jak jakaś ponura korporacja, gdzie o wynikach świadczy skuteczność w paleniu ludzkich ciał. Nowe plany są wdrażane, kolejni karierowicze podkopują stanowiska swoich kolegów, a i tak wszyscy pragną tylko tego, by jak najlepiej wypaść przed swoim głównym szefem, w tym wypadku Heinrichem Himmlerem. To zdecydowanie męski świat, to mężczyźni odpowiadali za zbrodnie Holocaustu, ale kobiety, żyjące w patriarchalnych trybach narodowego socjalizmu, również się w nim odnajdywały. Bez wchodzenia w spoilery, na początku filmu jest porażająca scena z futrem dostarczonym do domu Hössów wprost z więziennego transportu. Grana tutaj przez Sandrę Hüller żona zbrodniarza przymierza go na siebie jakby nigdy nic, podczas gdy za oknem słychać właśnie odgłosy katowania.

Dźwięk to zdecydowanie najważniejszy element filmu i opowiedziano już o nim wiele, więc nie będę się tutaj mądrzył. Powiem tylko, że efekt ten osiągnięto dzięki zarejestrowaniu dwóch oddzielnych ścieżek dźwiękowych do jednego filmu. Jedną z nich jest rodzina Hössów, właściwie ścieżka dźwiękowa filmu, który oglądamy. Drugi to odgłos obozu, w całym jego przerażeniu, odtworzony ze żmudną dokładnością. Żadna ze ścieżek nie jest bezpośrednio połączona z drugą ani nie znajduje się pod jej wpływem, co pozwala na ich oddzielne, samoistne wybrzmiewanie. I to jest naprawdę piorunujące! Naprawdę, jeśli interesują Was techniczne aspekty współczesnych produkcji filmowych, Strefa interesów będzie dla Was niczym odkrywczy podręcznik na uczelni.

Film Jonathana Glazera jest dla mnie zdecydowanie arcydziełem, kinem rewolucyjnym, jedynym w swoim rodzaju i tak mocno grającym na moich emocjach, że… nie będę chciał już nigdy w życiu do niego wrócić. I mówię to jako największą dla niego pochwałę. To w zasadzie jak wizyta w muzeum Auschwitz, moment życia, w którym jesteśmy wręcz osaczeni przez negatywną energię. Ale jest to doznanie elementarne w naszym życiu, niepozwalające zapomnieć, że tragedia nacjonalizmu nie wydarzyła się wcale tak dawno i stali za nią ludzie, których wybierano w demokratycznych wyborach. Taka szokowa terapia raz na jakiś czas jest wręcz wskazana, większa jej częstotliwość może skutkować stanami głębokiej depresji. I tak ma działać dobre kino.

Oryginalny tytuł: The Zone of Interest

Produkcja: Wielka Brytania/Polska/USA, 2023

Dystrybucja w Polsce: gutekfilm.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *