Tenet (2020)

Nakręcony przez Christophera Nolana Tenet to nie tylko wysokobudżetowe kino akcji, to również kapsuła ratunkowa dla całej branży filmowej. To pierwszy naprawdę wysokobudżetowy, trwający ponad dwie godziny film, który wychodzi naprzeciw obostrzeniom związanych z pandemią COVID-19, dając wyczekiwany zastrzyk gotówki kinom i multipleksom.

Przyznam od razu, nie jestem fanem kina, które z dumą i uznaniem wielu reprezentuje Nolan. I po seansie Tenet mój stosunek do jego filmografii nie ulegnie zmianie! Bo owo dzieło idzie jeszcze dalej niż i tak zawiła już Incepcja (2020) czy Interstellar (2014), czyniąc z opowieści o podróżach w czasie doświadczenie wręcz frustrujące, wyprany ze wszystkich uczuć, wręcz lodowate w swojej formie.

Film otwiera niezwykle dynamiczna (i jak przystało na Nolana, równie głośna) sekwencja ataku terrorystycznego na operę w Kijowie. To właśnie tutaj poznajemy bezimiennego Protagonistę (John David Washington), pomagającego w przejęciu operacji odbicia zakładników przez CIA. Kilka szybko ciętych scen później zostaje uratowany przez tajemniczą organizację.

Następnie wzorem przygód Agenta 007, nasz bohater rzucany jest po różnych zakamarkach Świta, by zdobyć informacje na temat „odwróconej” broni. Przedmioty te mają odwrotną trajektorię czasu i wedle zapewnień pani naukowiec granej przez Clémence Poésy, są one wysyłane przez ludzi z przeszłości w celu eksterminacji ludzi z teraźniejszości. Tak, jest to tak zagmatwane, jak brzmi!

Mimo całej tej fabularnej gonitwy na złamanie karku i przerzucania się coraz to bardziej męczącymi zwrotami akcji nie można odmówić Nolanowi jego rozmachu. Jeśli wielki samolot pasażerski ma wbić się w ścianę budynku, twórcy biorą prawdziwy samolot pasażerski i wbijają go w ścianę budynku! Podobnie zabawy z cofaniem czasu, zwłaszcza scena pościgu na autostradzie, przy której analogiczna sekwencja w Matrix Reaktywacja (2003) wygląda jak dziecinna zabawa. Szkoda jednak, że te robiące wrażenie obrazki nie niosą za sobą żadnego ładunku emocjonalnego.

Bo napięcie tutaj budują chyba najbardziej oklepane zagrywki z tykającymi zegarami. Co chwile wybucha jakaś czasowa bomba, bohaterowie muszę spędzić określoną chwilę bez tlenu czy zdążyć wyciągnąć coś, zanim ktoś popełni samobójstwo. Tak naprawdę najciekawszym i niosącym powiew świeżości momentem w filmie jest przejście głównego bohatera do „odwróconego Świata”.

Zaskakujące jest natomiast wyjątkowo nijakie aktorstwo! John David Washington, którego głównie mamy okazję widzieć na ekranie, to taka nijaka wersja Jamesa Bonda. Wszyscy tutaj grają na minimalnej ekspresji, przez co Tenet dla widza staje się jeszcze bardziej surowy. Co prawda taki Robert Pattinson stara się wykrzesać ze swojej postaci nieco więcej, pozwalając sobie czasem nawet na jakiś żart, tak scenariusz nigdy nie wymaga od niego więcej niż tylko pchanie fabuły.

Jeśli miałbym się jeszcze czegoś uczepić, to faktu, że poprzez wymóg noszenia przez bohaterów w „odwróconym świecie” masek tlenowych, dialogi były często zupełnie niezrozumiałe. A to nie pomaga w i tak już zawiłej niczym słuchawki w kieszeni fabule.

Nolan w Tenet wyciąga swoje wszystkie najmocniejsze karty i bardzo stara się grać nimi tak, aby wygłodniała widownia pokochała go bezwarunkowo. Filmowcy powinni łamać nasze serca, wzbudzać emocje i sprawiać, by o ich dziełach mówiło się jeszcze długo po seansie. Nie powinni chcieć nas natomiast na siłę przekonać, jak bardzo mądrzy i odważni potrafią być. Tenet to zdecydowanie łamigłówka, do której trzeba wracać, by w pełni ją zrozumieć. Jednak po co siedzieć nad czymś, co nie dostarcza frajdy?

Oryginalny tytuł: Tenet

Produkcja: Kanada/USA/Wielka Brytania, 2020

Dystrybucja w Polsce: Warner Bros Polska 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *