Kolor z przestworzy (2019)

Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak zaczytywałem się w opowiadaniu H.P. Lovecrafta Kolor z przestworzy. Moją głowę rozsadziło kompletnie to, jak wielki wpływ na popkulturę w najszerszym tego słowa znaczeniu miał Samotnik z Providence. Motyw kosmicznego pierwiastka zmieniającego jakiś ziemski kawałek terenu znajdziemy przecież nie tylko w tak jawnie inspirujących się dziełach, jak netflixowa Anihilacja (2018), ale również w kochanym przeze mnie całym sercem Pikniku na skraju drogi (1972) i odnoszącej się do niego serii gier S.T.A.L.K.E.R.

Dlatego też, kiedy dotarła do mnie informacja, że powstaje film bezpośrednio adaptujący tę klasyczną nowelę, trochę kręciłem nosem. Bo przecież ile razy już to widzieliśmy? Dajcie spokój, niech opowiadanie zostanie na papierze, mniej lub bardziej dobrych filmów na jego podstawie powstało wiele! Ale kiedy okazało się, że za projekt odpowiedzialny będzie Richard Stanley, gość od uwielbianych przeze mnie Hardware (1990) i Wyspy doktora Moreau (1996), a przed kamerą zobaczymy będącego w gazie po Mandy (2018) Nicolasa Cage’a, mój entuzjazm poszybował!

No i w końcu nadszedł dzień, kiedy zasiadłem do Koloru z przestworzy A.D. 2019. Pomimo tego, że od publikacji noweli a premiery filmu minęły 92 lata, niemożliwym było dokładne oddanie esencji tego, o czym pisał Lovecraft. Lwia część jego twórczości w głównej mierze polega na wyobraźni, próbie zwizualizowania sobie tego, co dla zwykłego śmiertelnika jest niewyobrażalne. Stanley nie silił się zatem na jakieś subtelności, kręcąc film, którego nie powstydziłby się Stuart Gordon.

Nathan (Cage) cieszy się sielankowym życiem na prowincji u boku umierającej na raka żony i trójki dzieci. Najstarsza z latorośli, Lavinia (Madeleine Arthur), to typ buntowniczki interesującej się wiccańskim obrządkiem. Benny (Brendan Meyer) woli raczej spędzać czas przy komputerze i joincie, a najmłodszy syn, Jack (Julian Hilliard), żyje w błogiej naiwności. Ten obrazek pogrążonej w tragedii, ale dającej rady rodziny przerywa uderzenie tajemniczego meteorytu.

Wraz z kawałkiem kosmicznej skały przybywa również nieproszony gość, tytułowy Kolor. Zatruwa on wodę, mutuje roślinność i hodowane przez rodzinę Nathana zwierzęta. Mówiąc w skrócie terraformuje ziemię pod swoje własne potrzeby. Ta zmiana ekostruktury powoli zaczyna wpływać również na członków rodziny, niektórych wpędzając w szał, innych zmieniając w paskudne, obślizgłe i pokraczne kreatury. Tak, Kolor z przestworzy można nazwać śmiało horrorem cielesnym!

Ale zanim będzie nam dane taplać się we flakach i tętniących dziwnym płynem żyłach, obserwować będziemy efekt działania kosmicznego przybysza na poszczególnych członków rodziny. Jest to zarówno fascynujące, jak i przerażające! Postępująca degradacja rodzinnych więzi spowodowana zmieniającym się otoczeniem dzięki pracy operatora Steve’a Annisa to naprawdę trzymająca w napięciu rzecz. Strach pomyśleć, do czego może posunąć się każdy z nich i w zasadzie nie ma nikogo, komu z czystym sercem jesteśmy w stanie kibicować. Każdy w jakimś stopniu ulega gwiezdnej sile.

A siła ta ukazana jest tutaj… przepięknie! U Lovecrafta tytułowy kolor był nieopisany, nie należał do palety barw, jakie zna człowiek. Stanley postawił tutaj na przejaskrawione odcienie błękitu, różu i fioletu. I bardzo dobrze, wszak ludzka percepcja w swej ułomności nie pozwoliła na wierne przeniesienie oryginalnego tekstu źródłowego 1:1. Niestety, cały ten urok filmu umyka gdzieś w trzecim akcie, kiedy na pierwszy plan wychodzą nieco trącące myszką efekty CGI. Choć zakończenie jest nawet poprowadzone sprytnie, to brak empatii dla bohaterów nie wyzwala tego emocjonalnego ładunku, który tak bardzo był tutaj potrzebny.

Szczerze, seans Koloru z przestworzy zależny jest od humoru i bagażu, z jakim do niego zasiądziemy. Oglądając go pierwszy raz, bawiłem się naprawdę dobrze! Wciąż uważam, że jest to jedna z najlepszych ekranizacji prozy Lovecrafta. Jednak to wciąż jest kino B-klasy, tanie i oparte na zarzucaniu nas obrzydliwościami, które spokojnie można wrzucić w nocne pasmo telewizji lubującej się w tego typu produkcjach. Uwierzcie mi jednak, po seansie już nigdy nie spojrzycie tak samo na hodującego alpaki sąsiada…

Oryginalny tytuł: Colour Out of Space

Produkcja: Portugalia/USA, 2019

Dystrybucja w Polsce: monolith.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *