Snowbeast (1977)

Zima to moja ulubiona pora roku. Nie tylko dlatego, że 24 grudnia mam swoje urodziny oraz temu, że pocę się wtedy o wiele mniej, ale mieszkając w górach, mogę oddawać się swawolnemu śmiganiu na desce snowboardowej. Szarpiący udo orczyk podany przez pijanego chłopa, herbata z termosu, bo marża w bacówce odleciała w kosmos, i zimny wiatr smagający twarz to tylko część uroków zimy. A co powiecie na to, że ktoś do tej mieszanki dorzucił jeszcze krwiożerczą Wielką Stopę?

Właśnie o tym pomyślał Herb Wallerstein, kręcąc w 1977 roku dla stacji CBS horror Snowbeast. Sam reżyser nie był z pierwszej lepszej łapanki, bo miał ogromne doświadczenie na małym ekranie, kręcąc wiele odcinków serialu Star Trek (1966-69) czy Mission: Impossible (1966-73). Za napisanie scenariusza odpowiedzialny jest Joseph Stefano, czyli gość, który napisał wiekopomną, kultową i ze wszech miar genialną Psychozę (1960) Alfreda Hitchcocka. Czy z takimi ludźmi za sterami coś mogło pójść źle? Ano bardzo wiele, ale po kolei.

W jednym z narciarskich kurortów w Kolorado trwa w najlepsze zimowy karnawał. Uroczystość przyciąga zarówno mieszkańców, jak i turystów, a Carrie Rill (znana z roli w Sok z żuka (1988) Sylvia Sidney) ma nadzieję, że ten rok będzie kolejnym, wielkim sukcesem dla jej konta bankowego. Niestety, zabawę psuje młoda kobieta odnaleziona na jednej z bocznych tras, która z przerażeniem opowiada historię ataku tajemniczej bestii na jej koleżankę. Carrie prosi swoje wnuka Tony’ego (Robert Logan) o zbadanie całej sprawy. Kiedy pojawiają się pierwsze trupy, ktoś wysnuwa teorię, że to sprawka wybudzonego przedwcześnie niedźwiedzia. Prawda oczywiście okazuje się zupełnie inna.

Jest tutaj nawet scena, będąca jawnym nawiązaniem do Szczęk (1975), w której lokalny szeryf wytacza na środek zaśnieżonego miasteczka cielsko niedźwiedzia, twierdząc, że to jego sprawka, pozornie zażegnując tym samym zagrożenie. Na nieszczęście dla filmu, sekwencja ta ma miejsce po otwierającym historie ataku śnieżnej bestii na kobietę, kiedy to w pełnej krasie widzimy naszego potwora. Po co zatem taka scena? W końcu od początku wiemy, że oglądamy horror o cholernej Wielkiej Stopie, ba, nawet ją od razu widzimy! A to tylko jeden z wielu, widocznych na pierwszy rzut oka zgrzytów w scenariuszu.

Drugi, największy zarzut oprócz fabularnych głupot, jest rozłożenie sił w scenariuszu. Choć potwora widzimy praktycznie na samym początku filmu, dostaje on zaskakująco mało czasu ekranowego. Dużo jest tu narciarskich wypychaczy, obserwowania ludzi oddających się zimowym sportom i życia górskiego kurortu. Co prawda ośnieżone szczyty Kolorado w kamerze Franka Stanleya (kolejne, nie byle jakie nazwisko, bo gość kręcił choćby Siłę magnum (1973) z Clintem Eastwoodem) jest urocze i udało się złapać tutaj kilka naprawdę „pocztówkowych” ujęć. Co z tego jednak, kiedy dominują one nad tym, co powinno stanowić o sercu tego filmu, poczuciu zagrożenia.

A same ataki Wielkiej Stopy? Nie zapominajmy, że to produkcja przeznaczona na ekran telewizora, więc twórcy nie mogli sobie poszaleć jak choćby w takiej Nocy demona (1980). Te mające budzić w widowni największy terror sceny ograniczają się do zbliżenia na przerażoną, wyjącą ze strachu twarz ofiary, a wyciągnięte w jej kierunku włochate łapska i okazjonalna strużka krwi na białym śniegu to maksimum, na jakie możemy liczyć. Wiecie, nie przeszkadza mi taki soft-horror, jednak oglądając Snowbeast miałem ciągłe wrażenie, że film został pocięty w najlepszych miejscach. Z jednej strony nasz potwór skrada się niepostrzeżenie do swoich ofiar, przedzierając się bezszelestnie przez suche zarośla, a kiedy już następuje atak, nie robi nic więcej niż darcie mordy i machanie łapami.

Niestety, udział śnieżnego monstrum przyćmiewa zdecydowanie nadmiar pierwszo i drugoplanowych postaci, ich skomplikowanych jak na taką historię relacji i wspomnianych już scen szusowania po zaśnieżonych stokach. Większość z tych postaci zdaje się być dla zrobienia sztucznego tłumu, nie wnosi nic do scenariusza, a ich wątki nie prowadzą nas do nikąd. Wygląda to trochę tak, jakby scenarzysta i reżyser mieli pomysł na serial obyczajowy w masą pomniejszych historii do opowiedzenia, jednak zmuszeni byli zamknąć to w telewizyjnym, trwającym nieco ponad półtorej godziny formacie.

Snowbeast to dzieło zmarnowanych szans, które mogło być naprawdę solidnym, soft annimal-attack o krypotzoologicznym temacie przewodnim. Tak otrzymaliśmy nudną, rozmiękłą od wody bułę, która trafić może chyba do zagorzałych fanów takich telewizyjnych rupiecie z fetyszem na górskie widoki zimą. I wiecie co? Ja chyba jako jeden z niewielu trafiłem pod celownik tego filmu! Oczywiście wynudziłem się na nim jak mops, jednak te wszystkie widoczki, pokraczne sceny imitujące horror i para głównych bohaterów mają swój urok. Ale mam oczywiście świadomość, że to kino z czystym sumieniem klasyfikowane jako złe, gdzie nie zawodzi warsztat czy strona techniczna, a brak konkretnego pomysłu na ugryzienie (a raczej szarpnięcie heh) tej historii. Jeśli już macie ochotę po film Wallersteina sięgnąć, to Retromedia wydała go nawet na BluRay w dwóch wersjach – okrojonej telewizyjnej i nieco dłuższej „kinowej” (KLIK).

Oryginalny tytuł: Snowbeast

Produkcja: USA, 1977

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.